czwartek, 15 sierpnia 2019

Czy emocje można przespać?


Odkąd poznałam Okuniewską i dotarło do mnie, że znowu jestem przyjaciółką idiotką, szukam alternatywnej drogi. Dwa razy pomyślę, nim zrobię jakiś chory ruch, nie zdarzyło mi się jeszcze „nie to okno” i na ramieniu ciągle siedzi mi duma i mówi: #nieróbtego. Bardzo mnie to cieszyło do momentu, w którym odkryłam kolejną rzecz! Prawdziwy ze mnie Internet Explorer, co jest szalenie emocjonujące w procesie nie wkręcania się w emocjonalne relacje.

To, że jestem emocjonalnym ułomem, wiadomo nie od dziś. Od paru miesięcy dzielnie walczy z tym mój psychoterapeuta, ale jak mu idzie - nie mnie oceniać. Spoko emocje to te najbardziej entuzjastyczne. Superhiperradości, dobra energia, pozytywne i bojowe nastawienie do świata. No super. To mogę sobie przeżywać. I złość połączona z furią, bo w to jestem dobra, choć z panowaniem nad tym drugim pojawiają się jeszcze problemy. 

No ale nie o tym miało być. Bo powoli na scenę wchodzą natrętne myśli, które w magiczny sposób łączą się z relacjami i - uwaga, słowo klucz - zaangażowaniem. W tym momencie mój mózg zaczyna spierdalać w podskokach w nieodkryte dotąd krainy. To znaczy tak mi się wydawało, że nieodkryte. Do dziś, bo…

… nagle z osoby, która do rana może czytać albo oglądać obrazki na Instagramie, stałam się fanką chodzenia spać przed północą. Bo jestem zmęczona. Bo muszę rano wstać. Bo organizm potrzebuje.

Nie no, jasne. Potrzebuje, tylko dlaczego. Pamietam jak obsesyjnie chodziłam spać o 22, kiedy kilkanaście (CO) lat temu pojawiła się w mojej głowie myśl, że muszę rozstać się ze swoim chłopakiem. I tu witamy oklaskami kolejnego gracza: odpowiedzialność.

Czyż nie lepiej iść spać i wyłączyć mózg niż rozkminić parę spraw, rozpykać je na złoto, znaleźć rozwiązanie i działać dalej?

Odpowiadam: otóż nie.

A apropos obsesji, to dowiedziałam się, że moje obsesyjno-kompulsywne liczenie ma swoją nazwę. Nerwice natręctw to naprawdę ładny świat. No ale przynajmniej mam wszystko policzone, to daje spokój mojemu mózgowi, poza tym robienie tych wszystkich matematycznych obliczeń i wpisywanie wartości daje mi poczucie, że mam kontrolę. Bo cyfry i liczby po prostu dodajesz, to się sumuje wszystko i wychodzi konkretny wynik. I to jest git, a nie jakiś tam świat emocji, co ich nie widać, nie dają pewnych wyników i trzeba nad nimi spędzać dużo czasu. Jakby nie dało się tego z wzoru jakoś policzyć. Przynajmniej rachunek prawdopodobieństwa, nooo!


Może to się jakoś leczy? Najlepiej tabletki jakieś #dej, bo tak bardzo nie chce mi się starać i pracować nad sobą, że masakra.

Serio.
No to dobranoc.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Moje życie wymaga impulsu

Bycie zajawkowiczką ma swoje dobre i złe strony.

Dobre są mocno osadzone w energii, która rozsadza od środka i nie pozwala usiedzieć w miejscu. Która nawet nie podpowiada, a wręcz krzyczy do ucha: RÓB, TERAZ, NATYCHMIAST, PÓŹNIEJ TO SIĘ NIE UDA! Rób, póki jesteś nakręcona jak stopisiont, to przynajmniej będziesz miała dobry początek. A jak się nie uda, to po prostu będziesz miała kolejną nieskończoną rzecz, a przecież do tego akurat można przywyknąć. Kaman, teraz się uda, wiesz to.

Złe osadzone są w nieczasowości. W niezdecydowaniu. W impulsach, które płyną z zewnątrz i - patrz punkt pierwszy - nie pozwalają na zorganizowanie się w konkretnych ramach czasowych. To też często ten moment, kiedy spada pierwsza radość z pisania pięknego poematu, endorfiny wygodnie układają się w serduszku i... idą spać. Robią to tak cicho, nie chrapią, że zapominam o tym, że w ogóle mam jakieś endorfiny. No kurde bele, przecież śpiące dzieci to ciągle dzieci, nawet jeśli ich nie słychać, nie są martwe.

Chyba.

No ale co z tą nieczasowością? To takie usprawiedliwienie, że chciałabym, a nie chce mi się. Chciałabym, a nie wiem o czym i jak się do tego zabrać. Czasem po prostu to płynie, go with the flow, nie muszę się zastanawiać nawet nad sensownością tych słów.

Bo był impuls. I tu przychodzimy do sedna właśnie.
Po pięknym skasowaniu skrzętnie kręconego od paru tygodni filmu obyczajowego i zrobieniu z niego komediodramatu przygodowego, zbieram od nowa siły na "JEZUSIERÓBMYCO". I w mojej głowie znowu się to dzieje bez kontroli. Sam fakt, że piszę, jest tego potwierdzeniem. Przez 5 ostatnich dni zdążyłam sto razy wyznać miłość swoim przyjaciółkom, bo #najlepszeżycie #dolcevita #vinobianco #biancofrizzanti. Zdążyłam na nowo pokochać wino, bo to jest coś, co kocham przecież miłością szczerą, tylko czasem sobie wmawiam, że nie. Zdążyłam wypić kolejną kawę życia i zrozumieć, że to jednak Śląsk, że to tu. Zdążyłam wrócić do tańczenia i zrozumieć, jakie to ważne dla mojego rozwoju, dla mojej psychiki. Zdążyłam pogłaskać koty mocniej niż zwykle, bo nie jestem taką złą matką. Ogarnąć finanse na dany miesiąc i zrozumieć, że jebać jedzenie. Zresztą wszyscy wiemy, że Rzym > jedzenie, więc właściwie nie ma się czym przejmować i jakoś to będzie.

I zawsze jest jakoś super. Dlatego w międzyczasie umówiłam się jeszcze na kolejne kawy i wina, uwierzyłam w parę banałów, że są one możliwe nawet na tym łez padole. Otworzyłam w głowie dwa biznesy życia (jeden stary, co go otwieram regularnie, a drugi to coś zupełnie nowego).

To wszystko pod wpływem impulsu. Nieważne, co nim było. Ważne, że przypomina historię mojego życia, ale w cudzym wydaniu. I w tym cudzym wydaniu pada stwierdzenie: nie musisz w tym siedzieć, możesz to zmienić. Nie ma to absolutnie żadnego znaczenia czy niektóre kroki są aktem desperacji czy odwagi, każdy niech odbiera to sobie po swojemu.

I chyba pora pomachać psychoterapeucie na pożegnanie, po raz pierwszy (czyli zakładam, że będzie powrót, NO LOL), bo aktualny poziom energii przekracza granice nawet w formie zapasów i pozwoliłby na wykarmienie 83% ludności na świecie (mówimy o podstawowych potrzebach zaspokajania głodu, nie o kawiorze i szampanie) oraz zatrzymanie przerażających zmian klimatycznych. Tak czuję, że trzeba samej na tych nogach ustać, nawet jeśli mam kontuzjowaną kostkę dłużej niż planowane 3 tygodnie. Swoją drogą... Do wesela miało się zagoić. Już po weselu, a kostka dalej w rozmiarze XL. A przecież miałam już dawno wejść w "S".

To dobry początek tygodnia, bo tyle się dzieje, bo tyle planów i to dobrych planów.

Tylko ciekawe, jak długo impulsy będą działać.
Jakiś chochlik siedzi jednak w tej durnej głowie i mówi, że trawienie jest dobre, ale metabolizm przyspiesza i to nie zawsze przekłada się na wartości odżywcze zaplanowanej z góry na rok diety.

No trudno.
Próbujmy, jak mawiał klasyk.

wtorek, 25 czerwca 2019

Jaką byłabym matką i dlaczego złą.


Każdy, kto zapragnął w swoim życiu dzieci, powinien sobie najpierw zrobić takie testy i wziąć zwierzątko. Można zacząć od chomika. Nie przez przypadek przyzwyczaja on polskie dzieci do śmierci.
Zwierzę to taki papierek lakmusowy na rodzicielstwo. Tylko fajniejszy, bo ma futerko, nie drze tak mordy, a nawet jak jest małe, to można je zostawić same na parę godzin w domu. Dlatego lubię myśleć o sobie jak o matce dwojga niesfornych dzieci.

Kocierzyństwo wiele mnie w życiu nauczyło. Na przykład wczoraj nauczyło mnie tego, że nie powinnam być matką.

Gustaw to czorny, strachliwy domator. Jest rojbrem, ale w granicach poczciwości i nie buntuje się bardzo, jako to młodsze dziecko. Nie daje się skusić komarom za oknem, poluje wewnętrznie, bo świeże powietrze raczej go przeraża.

Co innego ciekawa świata Francesca. Odkąd przeprowadziliśmy się do Słonecznej Tyszkanii wiedziałam, że nie pożyjemy spokojnie przy tych balkonach i ogródku. Niestety me matczyne serce nie może patrzeć, jak ta boroka leży zdechła cały dzień przy tych upałach. Dlatego pozwoliłam sobie na odrobinę szaleństwa i wypuściłam ją na balkonowe eskapady pod moją opieką. Cisza, spokój, ciemność, wena do pisania… Trzy razy pomyślałam, że muszę osiatkować ten balkon, to będę jej pozwalać wychodzić w trakcie dnia. Inaczej mi ucieknie, bo już widziałam, że podejmuje próby poszerzenia terenu spacerniaka na obszar sąsiedzki. Wycofywałam ją konsekwentnie przy każdej takiej próbie. Obrażona moimi upomnieniami podejmowała kolejne.

Jesteś matką. Stawiaj granice. Pozwalaj eksplorować, ale stawiaj granice.

… i nim się obejrzałam, kończąc w myślach to zdanie, POOOSZŁAAA!

Pierwsza myśl: Nie panikuj.
Druga myśl: Przestań panikować.

Widzę, że siedzi na balkonie sąsiadów i bezczelnie macha ogonem. Widzę w tych świecących oczach to szydercze „i co mi, kurwa, zrobisz, Bożena? Będziesz skakać przez ten balkon w koszuli nocnej i bez szczewików? No to lecisz.”

Niestety sytuacja była dość absurdalna, bo faktycznie byłam w koszuli nocnej i bez szczewików. Wzięłam oddech. Przecież ona nie zna dzikiego życia, jest kotem niewychodzącym. Nie posunie się poza strefę komfortu, a jak jej się znudzi robienie mi na złość, to wróci sama.

Uspokojona tą myślą wróciłam do pisania. I nagle słyszę JEBUTDUP.
„Kurwa, zeskoczyła!” - myślę
Telefon z latarką i widzę tylko puchaty ogon, który znika za płotem sąsiada. PANIKA. To nie był jej ogon, ale może jednak był? Spierdoliła, no nie, nie wróci, co teraz, jak jej szukać, jest noc, sąsiady śpią, wszyscy śpią, cały świat śpi, tylko kotki domowe spierdalają jak ich matki akurat mają czas i ochotę na czilałtowy wieczór na balkonie.

„Nigdy już jej nie zobaczę” - taka myśl zakotłowała mi w głowie. Głupio by było, gdybym nie ruszyła w poszukiwania, ale serce zabiło mocniej. Niby mam jeszcze drugiego, ale też głupio tak myśleć, co nie? Dzieci powinno kochać się w miarę równo. Co więcej - ją kocham bardziej. Dalej. Trudno, idę. Oczojebno-pomarańczowe adidasy świetnie zgrywają się z dresiarską bluzą i moją koszulą nocną. Ikona stylu to ja. IKONA STYLU BEZ KOTKI. Chciałam wierzyć, że wróci, ale coś mówiło mi, że nie.

Ciciam, wołam. Lol, ciekawe czego oczekiwałam, skoro ona nigdy nie zareagowała na cicianie i wołanie. Pozdro. Chodzę po dzielni i migam latarką. Ani miałku. Ani błysku w oku. Nic. W myślach mam już treść ogłoszenia, które jutro będę rozwieszać na słupach. Że zaginęła kotka, że miała obrożę antystresową. Że białe skarpetki i końcówka ogona. Że jest ukochaną córką. Że nie zna życia, że nigdy nie była na gigancie. Po 15 minutach zaczęłam układać sobie życie tylko z jednym kotem. Ją pewnie i tak ktoś jutro przyniesie przejechaną przez samochód, pogryzioną przez inne dzikie stworzenia (widziałam po drodze jeża!) lub wygłodniałą (można zgłodnieć przez noc, potwierdzone info). To koniec. To były piękne 4 lata, a ja nie zdałam egzaminu na matkę. Było mi przykro, ale jeszcze nie do końca do mnie docierała ta sytuacja. Byłam dziwnie spokojna, ale nie wiedziałam z jakiego to powodu. Bo będę mogła spokojnie podróżować bez pozostawienia dziecka pod opieką kogoś obcego (bo nie mam już jednego dziecka)? No naprawdę, postawa godna kochającej rodzicielki.

A może coś w środku mówiło mi: wróci. I jak wróci, będę o nią dbać i kochać ją. Dostanie najlepsze zabawki, nie będę zaniedbywać naszego wspólnego czasu. Wszystko będzie jak na początku. Tylko niech wróci!

I nagle to widzę. Parę tych pieprzonych świecących oczu migającą zza rolety antywłamaniowej sąsiada, na jego balkonie, na 1 piętrze. TY DEBILKO, NAWET NIE ZESKOCZYŁAŚ. Siedziałaś tam, wredna futrzata mendo, narażając mnie na nocny sprint myśli. Siedziałaś i czekałaś „no, Bożena, taka byłaś mądra i spokojna, to dajesz teraz w tej koszuli po dzielni!”.

Prysła nowa kocia konsola, kolonie we Władysławowie i miska mleka raz na jakiś czas. „Zabiję Cię.” - ta myśl przyświecała mi, kiedy grzechotałam przysmakami. Kiedy próbowałam przeciągnąć ją na swoją stronę balkonu, ale nie mogłam, bo ta czarownica stała na bezpieczną odległość, wydając z siebie zadowolone pomruki.

A kiedy już się udało, dostała karę.
„Śpisz z młodszym bratem w pokoju i mam w dupie, że się nie lubicie. Dziś on zostaje tu na noc.”

A ona, jak gdyby nigdy nic, patrzyła i mówiła tym wzrokiem:
„Pojebało cię, Bożena. Jesteś panikarą, a ja po prostu chciałam się przejść, bo dość mam już tego zniewolenia. Mam już 4 lata i nie będziesz mi mówić, jak mam żyć. Od tego masz tego czornego gnoja, ale mojego życia układać nie będziesz, a teraz pozwól, że spocznę. Wyjebane mam na twoje nadszarpnięte nerwy, jednak ta wycieczka do sąsiadów mnie zmęczyła. #nara”

I poszła spać.
I nie mogłam jej dać kary. Nie mogłam jej nawet dać klapsa, bo nie bije się dzieci i dzieci-kotów też się nie bije. Nie mogę posadzić jej do kąta, dać bana na granie na komputerze czy cofnąć kieszonkowego. Straciłam poczucie władzy, kontroli i autorytetu.

Moje dziecko ma mnie w dupie. A ja nic nie mogę z tym zrobić.
I jeszcze będę podróżować z wiecznym poczuciem winy czy wszystko u niej ok, czy nie tęskni za mocno, jak ja za nią.

A po powrocie dostanę jedynie: gdzie zaś byłaś, szmajuro? Żarcie dej.

I wtedy do snu utuliła mnie myśl, że przynajmniej nie musiałam przebierać jej pieluch, jak była mała. I robić korali z makaronu do przedszkola.

No i super.
A po szklankę wody na starość pójdę sobie przecież sama.

sobota, 22 czerwca 2019

Jak Robert Plant uświadomił mi, że wybrałam najlepsze z dostępnych mi żyć.

Jako klasyczny kompuls i zero-jedynkowiec dzielę swoje życie na skrajne połowy:

1. Na fali euforii wszystko idzie elegancko. Piszę teksty jak pojebana (dzień dobry, jesteśmy w tym momencie), chcę się nimi dzielić, chce mi się wychodzić i robić rzeczy, a jak mi się nie chce, to nie robię - i to TEŻ jest ok. W mojej głowie otwiera się czwarty biznes życia, który już za rok będzie zarabiał na mnie pieniądze, książki w głowie piszą się same, a ja jestem już mentalnie na własnych spotkaniach autorskich. Na dodatek każdy wysiłek, który wkładam w przyłożenie się do ogarnięcia insulinooporności, zaprocentuje (w końcu!) już niedługo, ale spokojnie, bo to działania długofalowe.
Praca jest ekstra, koty są ekstra, kawa jest ekstra.

Ale że nie można całe życie lecieć na mentalnej amfetaminie, przychodzi faza spadku, która w przypadku tego hajpu ma bardzo negatywny wpływ na odczuwanie, bo odczuwa się ją dwa razy mocniej. Spadanie z Kasztanki boli mocniej niż z Kucyka Pony. #trustory
I tu zaczyna się...

2. Depresja. Bo nic już nie idzie elegancko, a jeśli coś idzie, to trzeba to dobić. Tekstów się nie pisze, chyba że te w notatniku, które potem się niszczy i które NIGDY nie ujrzą światła dziennego. Rzeczy się nie robią same, a przecież powinny, bo nie mam tu żadnej sprawczości. Jeśli mam, to tylko tę złą, bo i tak nic nie wyjdzie. Robienie ma chujowe rezultaty, a nierobienie nie jest ok. Na biznesy życia nie ma hajsu, czasu i woli do działania, poza tym wiadomo, że żaden z nich się nie uda. Jeszcze bym popadła w długi, a kto by je spłacał? Książki nie napiszę nigdy. Będę tylko o niej gadać. A wszystkie schorzenia, które mam, to kara boska i na pewno mam jeszcze coś, na co mnie nie zdiagnozowali, a że o tym nie wiem, to nigdy nie uda się mnie ogarnąć. Nie ma się po co starać, poza tym efekty mają być JUŻ, TERAZ, NATYCHMIAST. Do tego wszystkiego jestem dramatyczną pracownicą, nie mam serca do projektów, ale to bez różnicy, bo zawsze wyjdą źle. Wszytko jest źle. A koty srają poza kuwetą. Tylko kawa dalej jest ekstra, ale pije się jej więcej, żeby zapewnić sobie kofeinowy haj. Działa, choć sprzyja atakom paniki. #niepolecam

Och, jak marzy mi się umiar!
Jak chciałabym poczuć, że jest w punkt, a tu tylko bodźce i bodźce. Tylko one działają na tę wunglową głowę i przeciągają do bramki numer jeden lub bramki numer dwa. Rozkminiam, jestem w przeszłości, w przyszłości, planuję, zmieniam te plany, odnoszę się do dawnych działań i doświadczeń.


I nagle jest ten moment, kiedy po latach spotykasz Roberta Planta. Nie do końca w to wierzysz, ale to prawda. On stoi na scenie, parę metrów przed tobą (w końcu nie na darmo czekałaś 2 godziny pod sceną, zamiast jeździć na niebieskim rollercoasterze). Wygląda jak prawdziwy i ma taki sam głos, kiedy 7 lipca 1980 roku w Berlinie śpiewał Oh, Babe, Since I've Been Loving you, yeah.

Ponoć pada deszcz. W Sztokholmie w 2019 roku, nie wtedy, w Berlinie.

I on tak śpiewa, śpiewa, a ty tak na niego patrzysz i myślisz "nieeee, niemożliwe", ale kształt twoich oczu przybrał nadzwyczajnie okrągłą formę, wiec chyba jednak możliwe. Tylko jak, skoro przez 29 lat swojego życia miałaś w głowie myśl, że oni już nigdy razem nie zagrają, bo Bonzo, a poza tym wewnętrzne konflikty wśród reszty. Przecież są już starzy. Mogą wkrótce umrzeć, więc gdzie tam koncertowanie.

No ale jest. Jak żywy. I kiedy zaczyna śpiewać Going to California to już nie masz wątpliwości, że jesteś na skraju metafizycznego przeżycia wewnętrznego, chociaż nie bardzo wiesz, czy masz się śmiać, czy płakać, czy klaskać, czy się bujać, czy stać w miejscu, czy krzyczeć, czy śpiewać.

Więc trwasz. I nagle przychodzi ci do głowy tylko jedna myśl: dobre życie. Jesteś osadzona TU i TERAZ i jest to najlepsza wersja żywota twojego, jaką mogłaś wybrać. Nie chcesz od tego uciekać, nawet nie myślisz o niczym innym. Po prostu jesteś. A on ci śpiewa.

Dzięki, Robercie.
To było ważne 1,5 godziny.

środa, 8 maja 2019

Podróż przez las. Dramat w 3 aktach.


To opowieść dla osób o mocnych nerwach. Na pewno nie dla mojej mamy, która nie powinna tego w ogóle czytać. Mamo, jeśli tu jesteś, masz jeszcze szansę wyjść. Nie chcę Cię mieć na sumieniu i nie dzwoń do mnie, jeśli jednak zdecydujesz się to przeczytać.

Zamiast wielkomiejskiego szaleństwa, wybrałam ciszę i spokój. Powrót na Śląsk miał być początkiem nowego życia, które da mi czas dla siebie. Wyciszy mnie i pozwoli nabrać dystansu do niektórych kwestii i ludzi. Okazało się, że ta „wsi spokojna, wsi wesoła” jest szaleństwem, a właściwie moje pomysły z nią związane.

Ale od początku!
Dramat w 3 aktach rozegrał się 26 kwietnia na Ziemiach Śląskich.

Bohaterowei dramatu:
* Ja
* Moje Koło*

Miejsce akcji:
* Lasy katowicko-tyszkańskie

Stan klasy: 1
Nieobecnych: 0


Prolog:
Wiosna to czas powrotu na rower. Po co jeździć komunikacją miejską, jak można ze Słonecznej Tyszkanii do Katoliforni zajechać na kole? 20 kilometrów to już fajna trasa, a ludzie mówią, że piękna, bo przez lasy wiedzie. No to super. Biere! Rower z Krakowa pakuję po robocie do busa. Myślę: czy dam radę? Jestem dobrej myśli. Wyobrażam sobie, jaką jestem piękną Matką Naturą śmigającą między wiewiórkami i młodymi dzikami. Moje życie zmieni się na lepsze. W Katowicach ostatnia kawa przed trasą. PRZECIEŻ MAM CZAS. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to mogła być moja ostatnia kawa w życiu.


AKT 1:
GOOGLE MAPS NIGDY NIE KŁAMIE. Jak mówi, że pojadę 1:05h, to tak będzie. Nie będę nadgorliwa i pojadę, jak mi Erwin wskaże. Po 21 będę już święcić triumfy na Stravie, a podjętą decyzję uznam za trafną. A że się ściemnia? No trudno, mam lampki. I dynamo. A przez las poprowadzą mnie świetliki.
Na razie prowadzi mnie miasto. Szkoda, że pod górkę. Szkoda, że bardzo pod górkę, bo ja pod górkę to lubię raczej średnio i wtedy idzie mi wolmo, a ja lubie szypko.
„Za 200 metrów skręć w prawo, potem w lewo.” - szepcze Erwin z mojej kieszeni. Zostawiam za sobą katowicką cywilizację, przede mną rozpościera się park, a za nim las. Tak żyje współczesny człowiek, świadomy potrzeb obcowania z naturą i żądny uprawiania aktywności fizycznych w plenerze. Dobrze, że mam nowe przerzutki i działają. W parku dwa fakapy, ale ciężko się jedzie z nawigacją w kieszeni. Do celu dochodzi +1 minuta. Zdzierżę. Wyjeżdżam z parku i teraz już prosto do celu przez las. Patataj.

AKT 2:
Nawet jeśli jest już 27 stopni, to po 20:00 i tak się ściemnia. Śmiesznostka: w lasach ściemnia się szybciej. I nie ma tam świetlików. Dopiero 1/4 trasy, ale klimat niebezpiecznie zaczyna przypominać czołówkę dobrego thrillera. Choć tu jeszcze mijam ludzi na trasie. „Google maps, ufam tobie” - myślę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że chujek 2 razy się mnie wyprze. Jadę, choć z Meridy zrobiłam się nagle Czerwonym Kapturkiem. Śpiew ptaków ucichł, ruch się zmniejszył, a trzask gałęzi przywodzi mi na myśl wszystkie seriale, filmy i książki w których jest poruszony temat dzikich zwierząt, gwałtów i morderstw podczas samotnych wypraw. No jasne, tak właśnie chciałam rozpocząć nowe życie, żeby spektakularnie je skończyć. Grunt to robić wszystko z rozmachem. Nie mam zielonego pojęcia, gdzie jestem, do celu mam jeszcze ponad dychę. Czas gra na moją niekorzyść, a google maps jakby sam nie do końca kuma, gdzie jedziemy. No ale przecież się nie cofnę. I w momencie, kiedy o tym myślę, kończy się ścieżka, a google każe mi zawrócić. Wspaniale. Wcale się nie boję, środek ciemnego lasu i widoczność do jednego metra to świetne warunki na wycieczkę rowerową na obcym terenie, a „zawróć” brzmi jak początek nowej przygody. Jeszcze nie odmawiam zdrowasiek, biorę to na rozum. Nic nie może mi się stać, jestem przecież nieśmiertelna! Kolejny trzask, kolejna głupia myśl i prowadzenie jedną ręka, bo w drugiej drży telefon z włączoną latarką i mapą. Człowiek-orkiestra. I kiedy tak ogarniam to wszystko z myślą, że jeszcze trochę ponad pół godziny i będę w domu, dojeżdżam do torów.

AKT 3:
I jestem w dupie. Google twierdzi, że powinnam się przez nie przetyrać i nie zwracać uwagi na to, że jest tu jakby surowo. Jakby te tory dopiero powstawały. No i jest to jednocześnie zła i dobra wiadomość:
  • nic mnie nie przejedzie
  • nikt mnie nie znajdzie w wypadku nagłej śmierci (na szczęście niespowodowanej pędzącym pociągiem).
Czas zaczyna płynąć szybciej. No teraz, SUPER! Za to kilometry po zejściu ze srebrnej strzały zatrzymują się, a GPS postanawia zamieszkać in the middle of nowhere. Biorę głęboki wdech i celowo ignoruję dźwięki lasu, które już nie pieszczą mojej duszy. Na moje oko kierunek: prawo. Na moje sumienie kierunek: śmierć. Gdybym była w górach, przypominałabym już sobie numer GOPR. Jestem w lesie, więc zaczynam samotną podróż wzdłuż torów. Idę i myślę o swoim życiu. Wokół pustka, wertepy, stepy akermańskie, podłoga to lawa i to wszystko w jednym miejscu. Wspominam piękne chwile. Tyle miałam do zrobienia! Wysyłam wiadomość do swojego współlokatora, z lokalizacją (powodzenia) i że jak nie dam znaku życia do 22:00, może zacząć mnie szukać. Nie odpisuje. A więc i on spisał mnie już na straty.

Jest ciężko.
Podejmuję nawet próbę powrotu na ścieżkę, bo google twierdzi, że wiedzie ona przez równoległy las, ale po pierwszym zatopieniu się (z rowerem) w piachu rezygnuję z tej szansy, bo ze złamaną nogą może mi się iść trudniej. Zresztą: co za różnica? Może ta droga skończy się za 37 kilometrów, może nigdy. Nigdy nie znajdę sobie żony ani męża, nie napiszę książki, już nigdy nie zobaczę Rzymu i nie polecę na Kubę. Nie spotkam moich przyjaciół. Jak przeżyją moje koty? Nie mogę zostawić ich samych na tym łez padole.
Zginę dziko, wspierając się o jednośladowego towarzysza mego życia. Może Bozia jednak jest, bo wysyła już do mnie światło. Historia zna takie przypadki, nie można iść w jego stronę, ale nie ma chuja - nie będę wracać kolejnych 20 minut tą samą, ekhm, trasą. Dostąpię królestwa bożego z godnością, a into the wild w wydaniu śląskim będzie mym ostatnim heroicznym (wy)czynem, o którym i tak nikt nigdy się nie dowie.

„Pani stąd?!”- pyta mnie głos boży
„Czyli skąd?” - rezolutnie odpowiadam, mając nadzieję, że do nieba można z rowerami, i że mają stojaki, i że nie kradną
„No z budowy!” - odpowiada Bóg-budowniczy

Królestwo Boże nie z tego świata okazuje się być z tego świata, co więcej - jest dopiero w trakcie tworzenia, a ja znalazłam się w nim nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak. Licząc, że jestem tą samotną owieczką, którą zawrócono ze złej drogi, okazuje się, że dołączam tylko do pokaźnego tłumu baranów.

„Pani nie jest pierwsza. Pani nie jest nawet setna!” - zrugał mnie święty Piotr, otwierając mi bramę placu budowy. Ze zbawionej grzesznicy szybko i posłusznie wchodzę w rolę więźniarki wypuszczonej zza krat po słusznej odsiadce.
„I następnym razem proszę uważać, bo będą problemy!” - żegna się czule mój wybawca.

A więc jednak wolność. Dostałam drugą szansę na spełnienie wszystkich swoich marzeń i powiedzenie bliskim, że ich kocham!
Niesiona tą radością zmierzam betonową trasą do ciepłego domu.
„Skręć w prawo” - mówi Erwin. Nie uczę się na błędach i skręcam. Nagle przed moimi oczyma ukazuje się ciemny wjazd prosto w las. Waham się i przystaję na moment. Jeszcze 4 kilometry. No bez jaj, przecież nie poddam się na ostatniej prostej! Myślę ciepło o swoich dzieciach. Francesca i Gustaw na pewno czekają z utęsknieniem, a ja nie mogę ich zawieść (a siebie nie zawieźć). Przekraczam betonowo-żwirowy próg i próbuję nie słuchać głosów w głowie, które mówią, że te gałęzie pod kołami, to nie do końca tak, jak mi się wydaje.


Epilog: 
Jeśli choroby cywilizacyjne nas zabiją, to ja chcę tak umierać. Jeszcze nigdy ruchliwa droga i pęd samochodów nie sprawiły mi takiej ulgi jak wtedy. Ostatni przepedałowany kilometr uczynił mnie najszczęśliwszą osobą na świecie. Próg domu był niczym meta maratonu. Otoczona kocią miłością wytuliłam swoje futrzate dzieciaki, a one podziękowały mi swoim radosnym „purrr”. Znów byliśmy szczęśliwą rodziną i choćbyśmy szli ciemną doliną, zła się nie ulękniemy.

„Ok, Bożena, wszystko spoko, ale dej już żryć.” - mówił stęskniony wzrok futrastokopytnych. Stęsknionych za pełną miską, a nie moją obecnością, jak jeszcze przed chwilą mi się wydawało. No trudno.

A ty, googlumapsie, nie wiem, gdzie mieszkasz, ale znajdę cię. I poznasz gniew śląski.



Słownik śląski:
*koło-rower

poniedziałek, 25 marca 2019

29 palms. Jak przegapić życiową szansę?


Los rzuca pod nogi szanse, których czasem nie widzisz. Tak mogłabym zacząć książkę, będąc couchem z zapędami manipulacyjnymi, ale nim nie jestem, a i podrzucane przez los szanse staram się wykorzystywać na ile potrafię. Tak naprawdę to nie, ale fajnie brzmi.

W każdym razie są czasem takie zaplanowane akcje. Do niektórych próbuję nawet przygotować się nieco szybciej, bo po prostu wiem, że nadejdą i nie ma chuja, żeby czegoś nie zrobić.
Tak, zdarza mi się coś zaplanować. #szok #niedowierzanie

Te przyjemne dreszcze, kiedy wstrzelasz się w dobry moment, trafnie coś skomentujesz GIFem. Komentarze podziwu, oklaski. Lajki i pozytywne reakcje. Połechtane ego. Świat jest mój i znowu wiem, że kiedyś będę sławna i bogata, bo - niczym Jep Gambardella - napiszę powieść życia i ona sprzeda się w milionach egzemplarzy. I już spokojnie, do końca żywota, będę odcinać kupony. Żyjąc jak królowa, rzecz jasna.

Oczywiście tę powieść życia piszę już od nastoletnich lat. W głowie na razie, ale zawsze coś. I co roku przypominam sobie o tym, że „ups, to jeszcze nie teraz”. Czy Geburstag jest ważny w życiu człowieka? Otóż jest i wybaczcie, narody tego świata, ale zdania już raczej nie zmienię. Jest potrzebny właśnie po to, żeby przypominać mi o tym, czego jeszcze nie zrobiłam i jak wiele rzeczy „jeszcze nie teraz”. Na szczęście posiadam tę niesamowitą zdolność uciszania wyrzutów sumienia. Wystarczy zapchać im czymś gębę. Może to być kilka butelek wina, dawkowane przez cały dzień albo jakieś dobre żarcie. One to potem sobie powoli trawią i myślą: dobra, następnym razem się uda! Jakoś to będzie. Rok temu udało mi się też wychujać postanowienia noworoczne, bo niektóre punkty zaczęłam po prostu od regułki „Do dwóch lat zrobisz…”. Niestety zegar tyka. Wygląda na to, że nie dałam sobie więcej czasu, po prostu przedłużyłam deadline. Na razie działa, jeszcze się nie martwię.

No ale nie o tym być miało. Książki jeszcze nie ma, to są przynajmniej na razie małe wrzuty. Takie miałam skromne marzenie, żeby połączyć jedną ze swoich miłości z ostatnimi urodzinami z dwójką z przodu, okrasić to soczystym opisem i w takim pakiecie puścić w świat w poliamorycznym uścisku. Wszystko miałam dopracowane. Miało być tak pięknie! Przecież planowałam tę chwilę od paru lat i nie mogłam się doczekać, a musiałam być cierpliwa PARĘ LAT. Bo na „29” miał mi zaśpiewać sam Robert Plant. To miało być takie ładne podsumowanie ostatniego dziesięciolecia (to brzmi tak złowrogo, że aż wewnętrznie zaklęłam!) i symbolizować nowe rozdanie. Nowe obietnice. Taki rozbieg do nowego życia.

I nagle taki chuj. Jest 25 marca, dokładnie 18 (!!!) dni po moich urodzinach. Kiedy sobie to uświadomiłam, zimny pot spłynął mi po plecach, dostałam hercklekotów i hycweli. Zrozumiałam, że zmarnowałam jednorazową życiową szansę, a Robert Plant już nigdy nie zaśpiewa na moje urodziny żadnej piosenki, chyba że doszukam się jeszcze czegoś z odpowiednią liczbą w tytule, a najgorszym wypadku w tekście.

Przygotowaną na tę wielką okazję piosenkę „29 palms” wrzuciłam z prawie 3 tygodniowym opóźnieniem. Nie wiem, po co. Takie „spóźnione, ale szczere”. Kurwa.


Pamiętajcie o zaplanowanych postach na Facebooka. Czas tak szybko leci.

piątek, 15 marca 2019

Historia jednego bojlera


Całe moje życie jest bi, wszystko w nim jest podwójne, skrajne. Nigdy nie spotykam się z niczym po środku, zawsze tam coś odstaje. Zaczynając od mojej wewnętrznej bi-polarzycy. Ona czasem mocno próbuje walczyć, ale ostatecznie wyląduje gdzieś na skraju.

No trudno.

Więc albo robię NIC. Ale tak totalnie nic.
Albo zmiany popychają mnie do nowych rzeczy. Do dalszych zmian, do większych zmian. 

Ok, moja natura nigdy nie przeskoczy jednego. Prawdopodobnie dopóki nie rozsypią moich prochów (alternatywnie: dopóki nie wyrzucą moich zwłok do wody), nie spadnie na mnie łaska ducha świętego, która pozwoli na utrzymanie życia w czystości. Czystości rozumianej dosłownie. Burdel i chaos będą mi towarzyszyć na tym łez padole po wsze czasy.

Dlatego, by zachować higienę psychiczną, za porządki wzięłam się przy okazji przeprowadzki. Dopóki migrowałam wewnątrz miasta królów jakoś mnie to nie dotykało, ale pokonując kilometry między Krakowicami, aż do Słonecznej Tyszkanii, dotknęła mnie (w końcu!) taka refleksja: na chuj ci to wszystko? Po co ci te wszystkie rzeczy?

"Po co mi te wszystkie rzeczy" nie wiem wcale, ale wnoszenie 253224 książek, 5623 ton worków z ciuchami (w rzeczywistości używam pół worka i to wliczając sprzęt narciarski) i 239 pudła z chujwieczym dało mi do myślenia. Do myślenia dały mi jeszcze komentarze "ile ty masz rzeczy, dziołcho!". Kroplę do tego morza domyśleń wrzuciło jedno wystąpienie o minimalizmie. A że podatna jestem na ludzi i ich życiowe wizje, pomyślałam: chcę tak zacząć żyć.

I korzystając z okazji, że teraz to wszystkie muszę wypakować i poukładać w nowej hacjendzie, wyrzucę wszystko, co nie potrzebne. Życie nomada wymaga regularności w ograniczaniu swojego dobytku.

Dlatego jeśli nie byłam w tej sukience nigdzie od 3 lat, to prawdopodobnie nie wyjdę w niej przez kolejne 4. Postaram się nie uronić łzy. Jeśli tę piżamę, zgodnie z zasadą mojej babci, mam „do szpitala”, to może pora zrozumieć, że chyba jeszcze trochę żywota przede mną i żadne szpitale nie czekają na mnie z niecierpliwością. Jak znam siebie, to chichot losu położy mnie w momencie rozlakowania nowej piżamy. I będę musiała iść do szpitala w rozlakowanej.

Pożegnam się też z pamiątkami rodzinnymi. Biletami z komunikacji miejskiej Ferrary, listami ze studiów czy płytami ze zdjęciami z grilla z gimnazjum, których i tak nigdzie już nie odtworzę. Ta płyta jest pewnie tak porysowana, że żaden laser jej nie rozczyta. Poza tym nie mam czytnika na płyty. Może to bardziej to.

A na koniec, z łezką w oku, wezmę się za swoją największą miłość, która jest najdłodszym ciężarem. Książki przyjechały ze mną juz do 5 domu. Z każdą przeprowadzką jest ich coraz więcej. Mnożą się jak szalone i rosną w siłę. Jestem dumną matką. To miłość ciężka, acz wielka. Niestety życie tułacza wymaga poświęceń. Tytuły, z którymi związałam się na zawsze, zostaną na regale. Te mniej lubiane, te zapomniane czy po prostu te chujowe będą musiały opuścić Kocie Królestwo Śląska i wyruszyć z kimś w nową podróż. Niech przysłużą się innym do zajmowania miejsca w domu i obciążania komód na ciuchy. I stołów. I podłogi. I niebieskich worków z IKEA, jak już nie będzie ich gdzie kłaść.

I żeby to było już totalnie symboliczne, grosza poprosza! Za te książki w sensie.
I to wszystko dam na biedne kotki.

Tak oto zacznę robić porządek ze swoim życiem.


Francesca przysiada i się przygląda. Jej wzrok ewidentnie mówi: odjebało ci, Bożena. Nie ogarniam, ale spoko, przynajmniej mamy teraz dom w którym są schody i dużo nowych miejsc do niuchania. Rób se, co chcesz. Wywalaj, a ja będę patrzeć. Tylko potem nie narzekaj, że ja też wywalam różne rzeczy, bo przykład idzie z góry. No i git. Wyciepuj to, Bożena.

Gustawa na razie brak. Słoneczna Tyszkania jeszcze go nie wciągnęła, więc ukrywa się jak szpieg. Wierzę, że się przyzwyczai i nie będę musiała słuchać smutnych miauków w nocy, które w wolnym tłumaczeniu będą znaczyć: odjebało ci, Bożena. Gdzieś ty mie wywiozła na wieś, kota miastowego, gdzie ja mam się bawić, rozrywek szukać w tej dziurze zabitej dechami. Coś ty mie, babo wstrętna, uczyniła w me młodzieńcze lata?!

Więc każde z nas ma w głowie do posprzątania. Francesca, Gustaw i ja.

Ale żeby nie było zbyt patetycznie, zmrożę sobie najpierw krew w żyłach. Nie dlatego, że chcę. Po prostu zepsuł się bojler. Akurat w piątek. Akurat kiedy wracam pełna energii do nowego działania. Akurat kiedy chciałam zacząć porządkować... wszystko.


Widocznie zmiany życiowe muszę zacząć od bojlera.