wtorek, 25 czerwca 2019

Jaką byłabym matką i dlaczego złą.


Każdy, kto zapragnął w swoim życiu dzieci, powinien sobie najpierw zrobić takie testy i wziąć zwierzątko. Można zacząć od chomika. Nie przez przypadek przyzwyczaja on polskie dzieci do śmierci.
Zwierzę to taki papierek lakmusowy na rodzicielstwo. Tylko fajniejszy, bo ma futerko, nie drze tak mordy, a nawet jak jest małe, to można je zostawić same na parę godzin w domu. Dlatego lubię myśleć o sobie jak o matce dwojga niesfornych dzieci.

Kocierzyństwo wiele mnie w życiu nauczyło. Na przykład wczoraj nauczyło mnie tego, że nie powinnam być matką.

Gustaw to czorny, strachliwy domator. Jest rojbrem, ale w granicach poczciwości i nie buntuje się bardzo, jako to młodsze dziecko. Nie daje się skusić komarom za oknem, poluje wewnętrznie, bo świeże powietrze raczej go przeraża.

Co innego ciekawa świata Francesca. Odkąd przeprowadziliśmy się do Słonecznej Tyszkanii wiedziałam, że nie pożyjemy spokojnie przy tych balkonach i ogródku. Niestety me matczyne serce nie może patrzeć, jak ta boroka leży zdechła cały dzień przy tych upałach. Dlatego pozwoliłam sobie na odrobinę szaleństwa i wypuściłam ją na balkonowe eskapady pod moją opieką. Cisza, spokój, ciemność, wena do pisania… Trzy razy pomyślałam, że muszę osiatkować ten balkon, to będę jej pozwalać wychodzić w trakcie dnia. Inaczej mi ucieknie, bo już widziałam, że podejmuje próby poszerzenia terenu spacerniaka na obszar sąsiedzki. Wycofywałam ją konsekwentnie przy każdej takiej próbie. Obrażona moimi upomnieniami podejmowała kolejne.

Jesteś matką. Stawiaj granice. Pozwalaj eksplorować, ale stawiaj granice.

… i nim się obejrzałam, kończąc w myślach to zdanie, POOOSZŁAAA!

Pierwsza myśl: Nie panikuj.
Druga myśl: Przestań panikować.

Widzę, że siedzi na balkonie sąsiadów i bezczelnie macha ogonem. Widzę w tych świecących oczach to szydercze „i co mi, kurwa, zrobisz, Bożena? Będziesz skakać przez ten balkon w koszuli nocnej i bez szczewików? No to lecisz.”

Niestety sytuacja była dość absurdalna, bo faktycznie byłam w koszuli nocnej i bez szczewików. Wzięłam oddech. Przecież ona nie zna dzikiego życia, jest kotem niewychodzącym. Nie posunie się poza strefę komfortu, a jak jej się znudzi robienie mi na złość, to wróci sama.

Uspokojona tą myślą wróciłam do pisania. I nagle słyszę JEBUTDUP.
„Kurwa, zeskoczyła!” - myślę
Telefon z latarką i widzę tylko puchaty ogon, który znika za płotem sąsiada. PANIKA. To nie był jej ogon, ale może jednak był? Spierdoliła, no nie, nie wróci, co teraz, jak jej szukać, jest noc, sąsiady śpią, wszyscy śpią, cały świat śpi, tylko kotki domowe spierdalają jak ich matki akurat mają czas i ochotę na czilałtowy wieczór na balkonie.

„Nigdy już jej nie zobaczę” - taka myśl zakotłowała mi w głowie. Głupio by było, gdybym nie ruszyła w poszukiwania, ale serce zabiło mocniej. Niby mam jeszcze drugiego, ale też głupio tak myśleć, co nie? Dzieci powinno kochać się w miarę równo. Co więcej - ją kocham bardziej. Dalej. Trudno, idę. Oczojebno-pomarańczowe adidasy świetnie zgrywają się z dresiarską bluzą i moją koszulą nocną. Ikona stylu to ja. IKONA STYLU BEZ KOTKI. Chciałam wierzyć, że wróci, ale coś mówiło mi, że nie.

Ciciam, wołam. Lol, ciekawe czego oczekiwałam, skoro ona nigdy nie zareagowała na cicianie i wołanie. Pozdro. Chodzę po dzielni i migam latarką. Ani miałku. Ani błysku w oku. Nic. W myślach mam już treść ogłoszenia, które jutro będę rozwieszać na słupach. Że zaginęła kotka, że miała obrożę antystresową. Że białe skarpetki i końcówka ogona. Że jest ukochaną córką. Że nie zna życia, że nigdy nie była na gigancie. Po 15 minutach zaczęłam układać sobie życie tylko z jednym kotem. Ją pewnie i tak ktoś jutro przyniesie przejechaną przez samochód, pogryzioną przez inne dzikie stworzenia (widziałam po drodze jeża!) lub wygłodniałą (można zgłodnieć przez noc, potwierdzone info). To koniec. To były piękne 4 lata, a ja nie zdałam egzaminu na matkę. Było mi przykro, ale jeszcze nie do końca do mnie docierała ta sytuacja. Byłam dziwnie spokojna, ale nie wiedziałam z jakiego to powodu. Bo będę mogła spokojnie podróżować bez pozostawienia dziecka pod opieką kogoś obcego (bo nie mam już jednego dziecka)? No naprawdę, postawa godna kochającej rodzicielki.

A może coś w środku mówiło mi: wróci. I jak wróci, będę o nią dbać i kochać ją. Dostanie najlepsze zabawki, nie będę zaniedbywać naszego wspólnego czasu. Wszystko będzie jak na początku. Tylko niech wróci!

I nagle to widzę. Parę tych pieprzonych świecących oczu migającą zza rolety antywłamaniowej sąsiada, na jego balkonie, na 1 piętrze. TY DEBILKO, NAWET NIE ZESKOCZYŁAŚ. Siedziałaś tam, wredna futrzata mendo, narażając mnie na nocny sprint myśli. Siedziałaś i czekałaś „no, Bożena, taka byłaś mądra i spokojna, to dajesz teraz w tej koszuli po dzielni!”.

Prysła nowa kocia konsola, kolonie we Władysławowie i miska mleka raz na jakiś czas. „Zabiję Cię.” - ta myśl przyświecała mi, kiedy grzechotałam przysmakami. Kiedy próbowałam przeciągnąć ją na swoją stronę balkonu, ale nie mogłam, bo ta czarownica stała na bezpieczną odległość, wydając z siebie zadowolone pomruki.

A kiedy już się udało, dostała karę.
„Śpisz z młodszym bratem w pokoju i mam w dupie, że się nie lubicie. Dziś on zostaje tu na noc.”

A ona, jak gdyby nigdy nic, patrzyła i mówiła tym wzrokiem:
„Pojebało cię, Bożena. Jesteś panikarą, a ja po prostu chciałam się przejść, bo dość mam już tego zniewolenia. Mam już 4 lata i nie będziesz mi mówić, jak mam żyć. Od tego masz tego czornego gnoja, ale mojego życia układać nie będziesz, a teraz pozwól, że spocznę. Wyjebane mam na twoje nadszarpnięte nerwy, jednak ta wycieczka do sąsiadów mnie zmęczyła. #nara”

I poszła spać.
I nie mogłam jej dać kary. Nie mogłam jej nawet dać klapsa, bo nie bije się dzieci i dzieci-kotów też się nie bije. Nie mogę posadzić jej do kąta, dać bana na granie na komputerze czy cofnąć kieszonkowego. Straciłam poczucie władzy, kontroli i autorytetu.

Moje dziecko ma mnie w dupie. A ja nic nie mogę z tym zrobić.
I jeszcze będę podróżować z wiecznym poczuciem winy czy wszystko u niej ok, czy nie tęskni za mocno, jak ja za nią.

A po powrocie dostanę jedynie: gdzie zaś byłaś, szmajuro? Żarcie dej.

I wtedy do snu utuliła mnie myśl, że przynajmniej nie musiałam przebierać jej pieluch, jak była mała. I robić korali z makaronu do przedszkola.

No i super.
A po szklankę wody na starość pójdę sobie przecież sama.

sobota, 22 czerwca 2019

Jak Robert Plant uświadomił mi, że wybrałam najlepsze z dostępnych mi żyć.

Jako klasyczny kompuls i zero-jedynkowiec dzielę swoje życie na skrajne połowy:

1. Na fali euforii wszystko idzie elegancko. Piszę teksty jak pojebana (dzień dobry, jesteśmy w tym momencie), chcę się nimi dzielić, chce mi się wychodzić i robić rzeczy, a jak mi się nie chce, to nie robię - i to TEŻ jest ok. W mojej głowie otwiera się czwarty biznes życia, który już za rok będzie zarabiał na mnie pieniądze, książki w głowie piszą się same, a ja jestem już mentalnie na własnych spotkaniach autorskich. Na dodatek każdy wysiłek, który wkładam w przyłożenie się do ogarnięcia insulinooporności, zaprocentuje (w końcu!) już niedługo, ale spokojnie, bo to działania długofalowe.
Praca jest ekstra, koty są ekstra, kawa jest ekstra.

Ale że nie można całe życie lecieć na mentalnej amfetaminie, przychodzi faza spadku, która w przypadku tego hajpu ma bardzo negatywny wpływ na odczuwanie, bo odczuwa się ją dwa razy mocniej. Spadanie z Kasztanki boli mocniej niż z Kucyka Pony. #trustory
I tu zaczyna się...

2. Depresja. Bo nic już nie idzie elegancko, a jeśli coś idzie, to trzeba to dobić. Tekstów się nie pisze, chyba że te w notatniku, które potem się niszczy i które NIGDY nie ujrzą światła dziennego. Rzeczy się nie robią same, a przecież powinny, bo nie mam tu żadnej sprawczości. Jeśli mam, to tylko tę złą, bo i tak nic nie wyjdzie. Robienie ma chujowe rezultaty, a nierobienie nie jest ok. Na biznesy życia nie ma hajsu, czasu i woli do działania, poza tym wiadomo, że żaden z nich się nie uda. Jeszcze bym popadła w długi, a kto by je spłacał? Książki nie napiszę nigdy. Będę tylko o niej gadać. A wszystkie schorzenia, które mam, to kara boska i na pewno mam jeszcze coś, na co mnie nie zdiagnozowali, a że o tym nie wiem, to nigdy nie uda się mnie ogarnąć. Nie ma się po co starać, poza tym efekty mają być JUŻ, TERAZ, NATYCHMIAST. Do tego wszystkiego jestem dramatyczną pracownicą, nie mam serca do projektów, ale to bez różnicy, bo zawsze wyjdą źle. Wszytko jest źle. A koty srają poza kuwetą. Tylko kawa dalej jest ekstra, ale pije się jej więcej, żeby zapewnić sobie kofeinowy haj. Działa, choć sprzyja atakom paniki. #niepolecam

Och, jak marzy mi się umiar!
Jak chciałabym poczuć, że jest w punkt, a tu tylko bodźce i bodźce. Tylko one działają na tę wunglową głowę i przeciągają do bramki numer jeden lub bramki numer dwa. Rozkminiam, jestem w przeszłości, w przyszłości, planuję, zmieniam te plany, odnoszę się do dawnych działań i doświadczeń.


I nagle jest ten moment, kiedy po latach spotykasz Roberta Planta. Nie do końca w to wierzysz, ale to prawda. On stoi na scenie, parę metrów przed tobą (w końcu nie na darmo czekałaś 2 godziny pod sceną, zamiast jeździć na niebieskim rollercoasterze). Wygląda jak prawdziwy i ma taki sam głos, kiedy 7 lipca 1980 roku w Berlinie śpiewał Oh, Babe, Since I've Been Loving you, yeah.

Ponoć pada deszcz. W Sztokholmie w 2019 roku, nie wtedy, w Berlinie.

I on tak śpiewa, śpiewa, a ty tak na niego patrzysz i myślisz "nieeee, niemożliwe", ale kształt twoich oczu przybrał nadzwyczajnie okrągłą formę, wiec chyba jednak możliwe. Tylko jak, skoro przez 29 lat swojego życia miałaś w głowie myśl, że oni już nigdy razem nie zagrają, bo Bonzo, a poza tym wewnętrzne konflikty wśród reszty. Przecież są już starzy. Mogą wkrótce umrzeć, więc gdzie tam koncertowanie.

No ale jest. Jak żywy. I kiedy zaczyna śpiewać Going to California to już nie masz wątpliwości, że jesteś na skraju metafizycznego przeżycia wewnętrznego, chociaż nie bardzo wiesz, czy masz się śmiać, czy płakać, czy klaskać, czy się bujać, czy stać w miejscu, czy krzyczeć, czy śpiewać.

Więc trwasz. I nagle przychodzi ci do głowy tylko jedna myśl: dobre życie. Jesteś osadzona TU i TERAZ i jest to najlepsza wersja żywota twojego, jaką mogłaś wybrać. Nie chcesz od tego uciekać, nawet nie myślisz o niczym innym. Po prostu jesteś. A on ci śpiewa.

Dzięki, Robercie.
To było ważne 1,5 godziny.