poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Moje życie wymaga impulsu

Bycie zajawkowiczką ma swoje dobre i złe strony.

Dobre są mocno osadzone w energii, która rozsadza od środka i nie pozwala usiedzieć w miejscu. Która nawet nie podpowiada, a wręcz krzyczy do ucha: RÓB, TERAZ, NATYCHMIAST, PÓŹNIEJ TO SIĘ NIE UDA! Rób, póki jesteś nakręcona jak stopisiont, to przynajmniej będziesz miała dobry początek. A jak się nie uda, to po prostu będziesz miała kolejną nieskończoną rzecz, a przecież do tego akurat można przywyknąć. Kaman, teraz się uda, wiesz to.

Złe osadzone są w nieczasowości. W niezdecydowaniu. W impulsach, które płyną z zewnątrz i - patrz punkt pierwszy - nie pozwalają na zorganizowanie się w konkretnych ramach czasowych. To też często ten moment, kiedy spada pierwsza radość z pisania pięknego poematu, endorfiny wygodnie układają się w serduszku i... idą spać. Robią to tak cicho, nie chrapią, że zapominam o tym, że w ogóle mam jakieś endorfiny. No kurde bele, przecież śpiące dzieci to ciągle dzieci, nawet jeśli ich nie słychać, nie są martwe.

Chyba.

No ale co z tą nieczasowością? To takie usprawiedliwienie, że chciałabym, a nie chce mi się. Chciałabym, a nie wiem o czym i jak się do tego zabrać. Czasem po prostu to płynie, go with the flow, nie muszę się zastanawiać nawet nad sensownością tych słów.

Bo był impuls. I tu przychodzimy do sedna właśnie.
Po pięknym skasowaniu skrzętnie kręconego od paru tygodni filmu obyczajowego i zrobieniu z niego komediodramatu przygodowego, zbieram od nowa siły na "JEZUSIERÓBMYCO". I w mojej głowie znowu się to dzieje bez kontroli. Sam fakt, że piszę, jest tego potwierdzeniem. Przez 5 ostatnich dni zdążyłam sto razy wyznać miłość swoim przyjaciółkom, bo #najlepszeżycie #dolcevita #vinobianco #biancofrizzanti. Zdążyłam na nowo pokochać wino, bo to jest coś, co kocham przecież miłością szczerą, tylko czasem sobie wmawiam, że nie. Zdążyłam wypić kolejną kawę życia i zrozumieć, że to jednak Śląsk, że to tu. Zdążyłam wrócić do tańczenia i zrozumieć, jakie to ważne dla mojego rozwoju, dla mojej psychiki. Zdążyłam pogłaskać koty mocniej niż zwykle, bo nie jestem taką złą matką. Ogarnąć finanse na dany miesiąc i zrozumieć, że jebać jedzenie. Zresztą wszyscy wiemy, że Rzym > jedzenie, więc właściwie nie ma się czym przejmować i jakoś to będzie.

I zawsze jest jakoś super. Dlatego w międzyczasie umówiłam się jeszcze na kolejne kawy i wina, uwierzyłam w parę banałów, że są one możliwe nawet na tym łez padole. Otworzyłam w głowie dwa biznesy życia (jeden stary, co go otwieram regularnie, a drugi to coś zupełnie nowego).

To wszystko pod wpływem impulsu. Nieważne, co nim było. Ważne, że przypomina historię mojego życia, ale w cudzym wydaniu. I w tym cudzym wydaniu pada stwierdzenie: nie musisz w tym siedzieć, możesz to zmienić. Nie ma to absolutnie żadnego znaczenia czy niektóre kroki są aktem desperacji czy odwagi, każdy niech odbiera to sobie po swojemu.

I chyba pora pomachać psychoterapeucie na pożegnanie, po raz pierwszy (czyli zakładam, że będzie powrót, NO LOL), bo aktualny poziom energii przekracza granice nawet w formie zapasów i pozwoliłby na wykarmienie 83% ludności na świecie (mówimy o podstawowych potrzebach zaspokajania głodu, nie o kawiorze i szampanie) oraz zatrzymanie przerażających zmian klimatycznych. Tak czuję, że trzeba samej na tych nogach ustać, nawet jeśli mam kontuzjowaną kostkę dłużej niż planowane 3 tygodnie. Swoją drogą... Do wesela miało się zagoić. Już po weselu, a kostka dalej w rozmiarze XL. A przecież miałam już dawno wejść w "S".

To dobry początek tygodnia, bo tyle się dzieje, bo tyle planów i to dobrych planów.

Tylko ciekawe, jak długo impulsy będą działać.
Jakiś chochlik siedzi jednak w tej durnej głowie i mówi, że trawienie jest dobre, ale metabolizm przyspiesza i to nie zawsze przekłada się na wartości odżywcze zaplanowanej z góry na rok diety.

No trudno.
Próbujmy, jak mawiał klasyk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz