sobota, 22 czerwca 2019

Jak Robert Plant uświadomił mi, że wybrałam najlepsze z dostępnych mi żyć.

Jako klasyczny kompuls i zero-jedynkowiec dzielę swoje życie na skrajne połowy:

1. Na fali euforii wszystko idzie elegancko. Piszę teksty jak pojebana (dzień dobry, jesteśmy w tym momencie), chcę się nimi dzielić, chce mi się wychodzić i robić rzeczy, a jak mi się nie chce, to nie robię - i to TEŻ jest ok. W mojej głowie otwiera się czwarty biznes życia, który już za rok będzie zarabiał na mnie pieniądze, książki w głowie piszą się same, a ja jestem już mentalnie na własnych spotkaniach autorskich. Na dodatek każdy wysiłek, który wkładam w przyłożenie się do ogarnięcia insulinooporności, zaprocentuje (w końcu!) już niedługo, ale spokojnie, bo to działania długofalowe.
Praca jest ekstra, koty są ekstra, kawa jest ekstra.

Ale że nie można całe życie lecieć na mentalnej amfetaminie, przychodzi faza spadku, która w przypadku tego hajpu ma bardzo negatywny wpływ na odczuwanie, bo odczuwa się ją dwa razy mocniej. Spadanie z Kasztanki boli mocniej niż z Kucyka Pony. #trustory
I tu zaczyna się...

2. Depresja. Bo nic już nie idzie elegancko, a jeśli coś idzie, to trzeba to dobić. Tekstów się nie pisze, chyba że te w notatniku, które potem się niszczy i które NIGDY nie ujrzą światła dziennego. Rzeczy się nie robią same, a przecież powinny, bo nie mam tu żadnej sprawczości. Jeśli mam, to tylko tę złą, bo i tak nic nie wyjdzie. Robienie ma chujowe rezultaty, a nierobienie nie jest ok. Na biznesy życia nie ma hajsu, czasu i woli do działania, poza tym wiadomo, że żaden z nich się nie uda. Jeszcze bym popadła w długi, a kto by je spłacał? Książki nie napiszę nigdy. Będę tylko o niej gadać. A wszystkie schorzenia, które mam, to kara boska i na pewno mam jeszcze coś, na co mnie nie zdiagnozowali, a że o tym nie wiem, to nigdy nie uda się mnie ogarnąć. Nie ma się po co starać, poza tym efekty mają być JUŻ, TERAZ, NATYCHMIAST. Do tego wszystkiego jestem dramatyczną pracownicą, nie mam serca do projektów, ale to bez różnicy, bo zawsze wyjdą źle. Wszytko jest źle. A koty srają poza kuwetą. Tylko kawa dalej jest ekstra, ale pije się jej więcej, żeby zapewnić sobie kofeinowy haj. Działa, choć sprzyja atakom paniki. #niepolecam

Och, jak marzy mi się umiar!
Jak chciałabym poczuć, że jest w punkt, a tu tylko bodźce i bodźce. Tylko one działają na tę wunglową głowę i przeciągają do bramki numer jeden lub bramki numer dwa. Rozkminiam, jestem w przeszłości, w przyszłości, planuję, zmieniam te plany, odnoszę się do dawnych działań i doświadczeń.


I nagle jest ten moment, kiedy po latach spotykasz Roberta Planta. Nie do końca w to wierzysz, ale to prawda. On stoi na scenie, parę metrów przed tobą (w końcu nie na darmo czekałaś 2 godziny pod sceną, zamiast jeździć na niebieskim rollercoasterze). Wygląda jak prawdziwy i ma taki sam głos, kiedy 7 lipca 1980 roku w Berlinie śpiewał Oh, Babe, Since I've Been Loving you, yeah.

Ponoć pada deszcz. W Sztokholmie w 2019 roku, nie wtedy, w Berlinie.

I on tak śpiewa, śpiewa, a ty tak na niego patrzysz i myślisz "nieeee, niemożliwe", ale kształt twoich oczu przybrał nadzwyczajnie okrągłą formę, wiec chyba jednak możliwe. Tylko jak, skoro przez 29 lat swojego życia miałaś w głowie myśl, że oni już nigdy razem nie zagrają, bo Bonzo, a poza tym wewnętrzne konflikty wśród reszty. Przecież są już starzy. Mogą wkrótce umrzeć, więc gdzie tam koncertowanie.

No ale jest. Jak żywy. I kiedy zaczyna śpiewać Going to California to już nie masz wątpliwości, że jesteś na skraju metafizycznego przeżycia wewnętrznego, chociaż nie bardzo wiesz, czy masz się śmiać, czy płakać, czy klaskać, czy się bujać, czy stać w miejscu, czy krzyczeć, czy śpiewać.

Więc trwasz. I nagle przychodzi ci do głowy tylko jedna myśl: dobre życie. Jesteś osadzona TU i TERAZ i jest to najlepsza wersja żywota twojego, jaką mogłaś wybrać. Nie chcesz od tego uciekać, nawet nie myślisz o niczym innym. Po prostu jesteś. A on ci śpiewa.

Dzięki, Robercie.
To było ważne 1,5 godziny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz