Los rzuca pod nogi szanse, których czasem nie widzisz. Tak mogłabym zacząć książkę, będąc couchem z zapędami manipulacyjnymi, ale nim nie jestem, a i podrzucane przez los szanse staram się wykorzystywać na ile potrafię. Tak naprawdę to nie, ale fajnie brzmi.
W każdym razie są czasem takie zaplanowane akcje. Do niektórych próbuję nawet przygotować się nieco szybciej, bo po prostu wiem, że nadejdą i nie ma chuja, żeby czegoś nie zrobić.
Tak, zdarza mi się coś zaplanować. #szok #niedowierzanie
Te przyjemne dreszcze, kiedy wstrzelasz się w dobry moment, trafnie coś skomentujesz GIFem. Komentarze podziwu, oklaski. Lajki i pozytywne reakcje. Połechtane ego. Świat jest mój i znowu wiem, że kiedyś będę sławna i bogata, bo - niczym Jep Gambardella - napiszę powieść życia i ona sprzeda się w milionach egzemplarzy. I już spokojnie, do końca żywota, będę odcinać kupony. Żyjąc jak królowa, rzecz jasna.
Oczywiście tę powieść życia piszę już od nastoletnich lat. W głowie na razie, ale zawsze coś. I co roku przypominam sobie o tym, że „ups, to jeszcze nie teraz”. Czy Geburstag jest ważny w życiu człowieka? Otóż jest i wybaczcie, narody tego świata, ale zdania już raczej nie zmienię. Jest potrzebny właśnie po to, żeby przypominać mi o tym, czego jeszcze nie zrobiłam i jak wiele rzeczy „jeszcze nie teraz”. Na szczęście posiadam tę niesamowitą zdolność uciszania wyrzutów sumienia. Wystarczy zapchać im czymś gębę. Może to być kilka butelek wina, dawkowane przez cały dzień albo jakieś dobre żarcie. One to potem sobie powoli trawią i myślą: dobra, następnym razem się uda! Jakoś to będzie. Rok temu udało mi się też wychujać postanowienia noworoczne, bo niektóre punkty zaczęłam po prostu od regułki „Do dwóch lat zrobisz…”. Niestety zegar tyka. Wygląda na to, że nie dałam sobie więcej czasu, po prostu przedłużyłam deadline. Na razie działa, jeszcze się nie martwię.
No ale nie o tym być miało. Książki jeszcze nie ma, to są przynajmniej na razie małe wrzuty. Takie miałam skromne marzenie, żeby połączyć jedną ze swoich miłości z ostatnimi urodzinami z dwójką z przodu, okrasić to soczystym opisem i w takim pakiecie puścić w świat w poliamorycznym uścisku. Wszystko miałam dopracowane. Miało być tak pięknie! Przecież planowałam tę chwilę od paru lat i nie mogłam się doczekać, a musiałam być cierpliwa PARĘ LAT. Bo na „29” miał mi zaśpiewać sam Robert Plant. To miało być takie ładne podsumowanie ostatniego dziesięciolecia (to brzmi tak złowrogo, że aż wewnętrznie zaklęłam!) i symbolizować nowe rozdanie. Nowe obietnice. Taki rozbieg do nowego życia.
I nagle taki chuj. Jest 25 marca, dokładnie 18 (!!!) dni po moich urodzinach. Kiedy sobie to uświadomiłam, zimny pot spłynął mi po plecach, dostałam hercklekotów i hycweli. Zrozumiałam, że zmarnowałam jednorazową życiową szansę, a Robert Plant już nigdy nie zaśpiewa na moje urodziny żadnej piosenki, chyba że doszukam się jeszcze czegoś z odpowiednią liczbą w tytule, a najgorszym wypadku w tekście.
Przygotowaną na tę wielką okazję piosenkę „29 palms” wrzuciłam z prawie 3 tygodniowym opóźnieniem. Nie wiem, po co. Takie „spóźnione, ale szczere”. Kurwa.
Pamiętajcie o zaplanowanych postach na Facebooka. Czas tak szybko leci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz