poniedziałek, 25 marca 2019

29 palms. Jak przegapić życiową szansę?


Los rzuca pod nogi szanse, których czasem nie widzisz. Tak mogłabym zacząć książkę, będąc couchem z zapędami manipulacyjnymi, ale nim nie jestem, a i podrzucane przez los szanse staram się wykorzystywać na ile potrafię. Tak naprawdę to nie, ale fajnie brzmi.

W każdym razie są czasem takie zaplanowane akcje. Do niektórych próbuję nawet przygotować się nieco szybciej, bo po prostu wiem, że nadejdą i nie ma chuja, żeby czegoś nie zrobić.
Tak, zdarza mi się coś zaplanować. #szok #niedowierzanie

Te przyjemne dreszcze, kiedy wstrzelasz się w dobry moment, trafnie coś skomentujesz GIFem. Komentarze podziwu, oklaski. Lajki i pozytywne reakcje. Połechtane ego. Świat jest mój i znowu wiem, że kiedyś będę sławna i bogata, bo - niczym Jep Gambardella - napiszę powieść życia i ona sprzeda się w milionach egzemplarzy. I już spokojnie, do końca żywota, będę odcinać kupony. Żyjąc jak królowa, rzecz jasna.

Oczywiście tę powieść życia piszę już od nastoletnich lat. W głowie na razie, ale zawsze coś. I co roku przypominam sobie o tym, że „ups, to jeszcze nie teraz”. Czy Geburstag jest ważny w życiu człowieka? Otóż jest i wybaczcie, narody tego świata, ale zdania już raczej nie zmienię. Jest potrzebny właśnie po to, żeby przypominać mi o tym, czego jeszcze nie zrobiłam i jak wiele rzeczy „jeszcze nie teraz”. Na szczęście posiadam tę niesamowitą zdolność uciszania wyrzutów sumienia. Wystarczy zapchać im czymś gębę. Może to być kilka butelek wina, dawkowane przez cały dzień albo jakieś dobre żarcie. One to potem sobie powoli trawią i myślą: dobra, następnym razem się uda! Jakoś to będzie. Rok temu udało mi się też wychujać postanowienia noworoczne, bo niektóre punkty zaczęłam po prostu od regułki „Do dwóch lat zrobisz…”. Niestety zegar tyka. Wygląda na to, że nie dałam sobie więcej czasu, po prostu przedłużyłam deadline. Na razie działa, jeszcze się nie martwię.

No ale nie o tym być miało. Książki jeszcze nie ma, to są przynajmniej na razie małe wrzuty. Takie miałam skromne marzenie, żeby połączyć jedną ze swoich miłości z ostatnimi urodzinami z dwójką z przodu, okrasić to soczystym opisem i w takim pakiecie puścić w świat w poliamorycznym uścisku. Wszystko miałam dopracowane. Miało być tak pięknie! Przecież planowałam tę chwilę od paru lat i nie mogłam się doczekać, a musiałam być cierpliwa PARĘ LAT. Bo na „29” miał mi zaśpiewać sam Robert Plant. To miało być takie ładne podsumowanie ostatniego dziesięciolecia (to brzmi tak złowrogo, że aż wewnętrznie zaklęłam!) i symbolizować nowe rozdanie. Nowe obietnice. Taki rozbieg do nowego życia.

I nagle taki chuj. Jest 25 marca, dokładnie 18 (!!!) dni po moich urodzinach. Kiedy sobie to uświadomiłam, zimny pot spłynął mi po plecach, dostałam hercklekotów i hycweli. Zrozumiałam, że zmarnowałam jednorazową życiową szansę, a Robert Plant już nigdy nie zaśpiewa na moje urodziny żadnej piosenki, chyba że doszukam się jeszcze czegoś z odpowiednią liczbą w tytule, a najgorszym wypadku w tekście.

Przygotowaną na tę wielką okazję piosenkę „29 palms” wrzuciłam z prawie 3 tygodniowym opóźnieniem. Nie wiem, po co. Takie „spóźnione, ale szczere”. Kurwa.


Pamiętajcie o zaplanowanych postach na Facebooka. Czas tak szybko leci.

piątek, 15 marca 2019

Historia jednego bojlera


Całe moje życie jest bi, wszystko w nim jest podwójne, skrajne. Nigdy nie spotykam się z niczym po środku, zawsze tam coś odstaje. Zaczynając od mojej wewnętrznej bi-polarzycy. Ona czasem mocno próbuje walczyć, ale ostatecznie wyląduje gdzieś na skraju.

No trudno.

Więc albo robię NIC. Ale tak totalnie nic.
Albo zmiany popychają mnie do nowych rzeczy. Do dalszych zmian, do większych zmian. 

Ok, moja natura nigdy nie przeskoczy jednego. Prawdopodobnie dopóki nie rozsypią moich prochów (alternatywnie: dopóki nie wyrzucą moich zwłok do wody), nie spadnie na mnie łaska ducha świętego, która pozwoli na utrzymanie życia w czystości. Czystości rozumianej dosłownie. Burdel i chaos będą mi towarzyszyć na tym łez padole po wsze czasy.

Dlatego, by zachować higienę psychiczną, za porządki wzięłam się przy okazji przeprowadzki. Dopóki migrowałam wewnątrz miasta królów jakoś mnie to nie dotykało, ale pokonując kilometry między Krakowicami, aż do Słonecznej Tyszkanii, dotknęła mnie (w końcu!) taka refleksja: na chuj ci to wszystko? Po co ci te wszystkie rzeczy?

"Po co mi te wszystkie rzeczy" nie wiem wcale, ale wnoszenie 253224 książek, 5623 ton worków z ciuchami (w rzeczywistości używam pół worka i to wliczając sprzęt narciarski) i 239 pudła z chujwieczym dało mi do myślenia. Do myślenia dały mi jeszcze komentarze "ile ty masz rzeczy, dziołcho!". Kroplę do tego morza domyśleń wrzuciło jedno wystąpienie o minimalizmie. A że podatna jestem na ludzi i ich życiowe wizje, pomyślałam: chcę tak zacząć żyć.

I korzystając z okazji, że teraz to wszystkie muszę wypakować i poukładać w nowej hacjendzie, wyrzucę wszystko, co nie potrzebne. Życie nomada wymaga regularności w ograniczaniu swojego dobytku.

Dlatego jeśli nie byłam w tej sukience nigdzie od 3 lat, to prawdopodobnie nie wyjdę w niej przez kolejne 4. Postaram się nie uronić łzy. Jeśli tę piżamę, zgodnie z zasadą mojej babci, mam „do szpitala”, to może pora zrozumieć, że chyba jeszcze trochę żywota przede mną i żadne szpitale nie czekają na mnie z niecierpliwością. Jak znam siebie, to chichot losu położy mnie w momencie rozlakowania nowej piżamy. I będę musiała iść do szpitala w rozlakowanej.

Pożegnam się też z pamiątkami rodzinnymi. Biletami z komunikacji miejskiej Ferrary, listami ze studiów czy płytami ze zdjęciami z grilla z gimnazjum, których i tak nigdzie już nie odtworzę. Ta płyta jest pewnie tak porysowana, że żaden laser jej nie rozczyta. Poza tym nie mam czytnika na płyty. Może to bardziej to.

A na koniec, z łezką w oku, wezmę się za swoją największą miłość, która jest najdłodszym ciężarem. Książki przyjechały ze mną juz do 5 domu. Z każdą przeprowadzką jest ich coraz więcej. Mnożą się jak szalone i rosną w siłę. Jestem dumną matką. To miłość ciężka, acz wielka. Niestety życie tułacza wymaga poświęceń. Tytuły, z którymi związałam się na zawsze, zostaną na regale. Te mniej lubiane, te zapomniane czy po prostu te chujowe będą musiały opuścić Kocie Królestwo Śląska i wyruszyć z kimś w nową podróż. Niech przysłużą się innym do zajmowania miejsca w domu i obciążania komód na ciuchy. I stołów. I podłogi. I niebieskich worków z IKEA, jak już nie będzie ich gdzie kłaść.

I żeby to było już totalnie symboliczne, grosza poprosza! Za te książki w sensie.
I to wszystko dam na biedne kotki.

Tak oto zacznę robić porządek ze swoim życiem.


Francesca przysiada i się przygląda. Jej wzrok ewidentnie mówi: odjebało ci, Bożena. Nie ogarniam, ale spoko, przynajmniej mamy teraz dom w którym są schody i dużo nowych miejsc do niuchania. Rób se, co chcesz. Wywalaj, a ja będę patrzeć. Tylko potem nie narzekaj, że ja też wywalam różne rzeczy, bo przykład idzie z góry. No i git. Wyciepuj to, Bożena.

Gustawa na razie brak. Słoneczna Tyszkania jeszcze go nie wciągnęła, więc ukrywa się jak szpieg. Wierzę, że się przyzwyczai i nie będę musiała słuchać smutnych miauków w nocy, które w wolnym tłumaczeniu będą znaczyć: odjebało ci, Bożena. Gdzieś ty mie wywiozła na wieś, kota miastowego, gdzie ja mam się bawić, rozrywek szukać w tej dziurze zabitej dechami. Coś ty mie, babo wstrętna, uczyniła w me młodzieńcze lata?!

Więc każde z nas ma w głowie do posprzątania. Francesca, Gustaw i ja.

Ale żeby nie było zbyt patetycznie, zmrożę sobie najpierw krew w żyłach. Nie dlatego, że chcę. Po prostu zepsuł się bojler. Akurat w piątek. Akurat kiedy wracam pełna energii do nowego działania. Akurat kiedy chciałam zacząć porządkować... wszystko.


Widocznie zmiany życiowe muszę zacząć od bojlera.