To opowieść dla osób o mocnych nerwach. Na pewno nie dla mojej mamy, która nie powinna tego w ogóle czytać. Mamo, jeśli tu jesteś, masz jeszcze szansę wyjść. Nie chcę Cię mieć na sumieniu i nie dzwoń do mnie, jeśli jednak zdecydujesz się to przeczytać.
Zamiast wielkomiejskiego szaleństwa, wybrałam ciszę i spokój. Powrót na Śląsk miał być początkiem nowego życia, które da mi czas dla siebie. Wyciszy mnie i pozwoli nabrać dystansu do niektórych kwestii i ludzi. Okazało się, że ta „wsi spokojna, wsi wesoła” jest szaleństwem, a właściwie moje pomysły z nią związane.
Ale od początku!
Dramat w 3 aktach rozegrał się 26 kwietnia na Ziemiach Śląskich.
Bohaterowei dramatu:
* Ja
* Ja
* Moje Koło*
Miejsce akcji:
* Lasy katowicko-tyszkańskie
Stan klasy: 1
Nieobecnych: 0
Prolog:
Wiosna to czas powrotu na rower. Po co jeździć komunikacją miejską, jak można ze Słonecznej Tyszkanii do Katoliforni zajechać na kole? 20 kilometrów to już fajna trasa, a ludzie mówią, że piękna, bo przez lasy wiedzie. No to super. Biere! Rower z Krakowa pakuję po robocie do busa. Myślę: czy dam radę? Jestem dobrej myśli. Wyobrażam sobie, jaką jestem piękną Matką Naturą śmigającą między wiewiórkami i młodymi dzikami. Moje życie zmieni się na lepsze. W Katowicach ostatnia kawa przed trasą. PRZECIEŻ MAM CZAS. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to mogła być moja ostatnia kawa w życiu.
AKT 1:
GOOGLE MAPS NIGDY NIE KŁAMIE. Jak mówi, że pojadę 1:05h, to tak będzie. Nie będę nadgorliwa i pojadę, jak mi Erwin wskaże. Po 21 będę już święcić triumfy na Stravie, a podjętą decyzję uznam za trafną. A że się ściemnia? No trudno, mam lampki. I dynamo. A przez las poprowadzą mnie świetliki.
Na razie prowadzi mnie miasto. Szkoda, że pod górkę. Szkoda, że bardzo pod górkę, bo ja pod górkę to lubię raczej średnio i wtedy idzie mi wolmo, a ja lubie szypko.
„Za 200 metrów skręć w prawo, potem w lewo.” - szepcze Erwin z mojej kieszeni. Zostawiam za sobą katowicką cywilizację, przede mną rozpościera się park, a za nim las. Tak żyje współczesny człowiek, świadomy potrzeb obcowania z naturą i żądny uprawiania aktywności fizycznych w plenerze. Dobrze, że mam nowe przerzutki i działają. W parku dwa fakapy, ale ciężko się jedzie z nawigacją w kieszeni. Do celu dochodzi +1 minuta. Zdzierżę. Wyjeżdżam z parku i teraz już prosto do celu przez las. Patataj.
AKT 2:
Nawet jeśli jest już 27 stopni, to po 20:00 i tak się ściemnia. Śmiesznostka: w lasach ściemnia się szybciej. I nie ma tam świetlików. Dopiero 1/4 trasy, ale klimat niebezpiecznie zaczyna przypominać czołówkę dobrego thrillera. Choć tu jeszcze mijam ludzi na trasie. „Google maps, ufam tobie” - myślę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że chujek 2 razy się mnie wyprze. Jadę, choć z Meridy zrobiłam się nagle Czerwonym Kapturkiem. Śpiew ptaków ucichł, ruch się zmniejszył, a trzask gałęzi przywodzi mi na myśl wszystkie seriale, filmy i książki w których jest poruszony temat dzikich zwierząt, gwałtów i morderstw podczas samotnych wypraw. No jasne, tak właśnie chciałam rozpocząć nowe życie, żeby spektakularnie je skończyć. Grunt to robić wszystko z rozmachem. Nie mam zielonego pojęcia, gdzie jestem, do celu mam jeszcze ponad dychę. Czas gra na moją niekorzyść, a google maps jakby sam nie do końca kuma, gdzie jedziemy. No ale przecież się nie cofnę. I w momencie, kiedy o tym myślę, kończy się ścieżka, a google każe mi zawrócić. Wspaniale. Wcale się nie boję, środek ciemnego lasu i widoczność do jednego metra to świetne warunki na wycieczkę rowerową na obcym terenie, a „zawróć” brzmi jak początek nowej przygody. Jeszcze nie odmawiam zdrowasiek, biorę to na rozum. Nic nie może mi się stać, jestem przecież nieśmiertelna! Kolejny trzask, kolejna głupia myśl i prowadzenie jedną ręka, bo w drugiej drży telefon z włączoną latarką i mapą. Człowiek-orkiestra. I kiedy tak ogarniam to wszystko z myślą, że jeszcze trochę ponad pół godziny i będę w domu, dojeżdżam do torów.
AKT 3:
I jestem w dupie. Google twierdzi, że powinnam się przez nie przetyrać i nie zwracać uwagi na to, że jest tu jakby surowo. Jakby te tory dopiero powstawały. No i jest to jednocześnie zła i dobra wiadomość:
- nic mnie nie przejedzie
- nikt mnie nie znajdzie w wypadku nagłej śmierci (na szczęście niespowodowanej pędzącym pociągiem).
Czas zaczyna płynąć szybciej. No teraz, SUPER! Za to kilometry po zejściu ze srebrnej strzały zatrzymują się, a GPS postanawia zamieszkać in the middle of nowhere. Biorę głęboki wdech i celowo ignoruję dźwięki lasu, które już nie pieszczą mojej duszy. Na moje oko kierunek: prawo. Na moje sumienie kierunek: śmierć. Gdybym była w górach, przypominałabym już sobie numer GOPR. Jestem w lesie, więc zaczynam samotną podróż wzdłuż torów. Idę i myślę o swoim życiu. Wokół pustka, wertepy, stepy akermańskie, podłoga to lawa i to wszystko w jednym miejscu. Wspominam piękne chwile. Tyle miałam do zrobienia! Wysyłam wiadomość do swojego współlokatora, z lokalizacją (powodzenia) i że jak nie dam znaku życia do 22:00, może zacząć mnie szukać. Nie odpisuje. A więc i on spisał mnie już na straty.
Jest ciężko.
Podejmuję nawet próbę powrotu na ścieżkę, bo google twierdzi, że wiedzie ona przez równoległy las, ale po pierwszym zatopieniu się (z rowerem) w piachu rezygnuję z tej szansy, bo ze złamaną nogą może mi się iść trudniej. Zresztą: co za różnica? Może ta droga skończy się za 37 kilometrów, może nigdy. Nigdy nie znajdę sobie żony ani męża, nie napiszę książki, już nigdy nie zobaczę Rzymu i nie polecę na Kubę. Nie spotkam moich przyjaciół. Jak przeżyją moje koty? Nie mogę zostawić ich samych na tym łez padole.
Zginę dziko, wspierając się o jednośladowego towarzysza mego życia. Może Bozia jednak jest, bo wysyła już do mnie światło. Historia zna takie przypadki, nie można iść w jego stronę, ale nie ma chuja - nie będę wracać kolejnych 20 minut tą samą, ekhm, trasą. Dostąpię królestwa bożego z godnością, a into the wild w wydaniu śląskim będzie mym ostatnim heroicznym (wy)czynem, o którym i tak nikt nigdy się nie dowie.
„Pani stąd?!”- pyta mnie głos boży
„Czyli skąd?” - rezolutnie odpowiadam, mając nadzieję, że do nieba można z rowerami, i że mają stojaki, i że nie kradną
„No z budowy!” - odpowiada Bóg-budowniczy
Królestwo Boże nie z tego świata okazuje się być z tego świata, co więcej - jest dopiero w trakcie tworzenia, a ja znalazłam się w nim nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak. Licząc, że jestem tą samotną owieczką, którą zawrócono ze złej drogi, okazuje się, że dołączam tylko do pokaźnego tłumu baranów.
„Pani nie jest pierwsza. Pani nie jest nawet setna!” - zrugał mnie święty Piotr, otwierając mi bramę placu budowy. Ze zbawionej grzesznicy szybko i posłusznie wchodzę w rolę więźniarki wypuszczonej zza krat po słusznej odsiadce.
„I następnym razem proszę uważać, bo będą problemy!” - żegna się czule mój wybawca.
A więc jednak wolność. Dostałam drugą szansę na spełnienie wszystkich swoich marzeń i powiedzenie bliskim, że ich kocham!
Niesiona tą radością zmierzam betonową trasą do ciepłego domu.
„Skręć w prawo” - mówi Erwin. Nie uczę się na błędach i skręcam. Nagle przed moimi oczyma ukazuje się ciemny wjazd prosto w las. Waham się i przystaję na moment. Jeszcze 4 kilometry. No bez jaj, przecież nie poddam się na ostatniej prostej! Myślę ciepło o swoich dzieciach. Francesca i Gustaw na pewno czekają z utęsknieniem, a ja nie mogę ich zawieść (a siebie nie zawieźć). Przekraczam betonowo-żwirowy próg i próbuję nie słuchać głosów w głowie, które mówią, że te gałęzie pod kołami, to nie do końca tak, jak mi się wydaje.
Epilog:
Jeśli choroby cywilizacyjne nas zabiją, to ja chcę tak umierać. Jeszcze nigdy ruchliwa droga i pęd samochodów nie sprawiły mi takiej ulgi jak wtedy. Ostatni przepedałowany kilometr uczynił mnie najszczęśliwszą osobą na świecie. Próg domu był niczym meta maratonu. Otoczona kocią miłością wytuliłam swoje futrzate dzieciaki, a one podziękowały mi swoim radosnym „purrr”. Znów byliśmy szczęśliwą rodziną i choćbyśmy szli ciemną doliną, zła się nie ulękniemy.
„Ok, Bożena, wszystko spoko, ale dej już żryć.” - mówił stęskniony wzrok futrastokopytnych. Stęsknionych za pełną miską, a nie moją obecnością, jak jeszcze przed chwilą mi się wydawało. No trudno.
A ty, googlumapsie, nie wiem, gdzie mieszkasz, ale znajdę cię. I poznasz gniew śląski.
Słownik śląski:
*koło-rower