Kiedy to wszystko już się skończy, kupię sobie nowy kapelusz z dużym rondem. Bardzo lubiłam ten poprzedni, niestety zakończył swój podróżniczy żywot na jednym z rzymskich placów w okolicy Fontanny di Trevi. Najpierw zamienił się w melonik, tak walczył o przeżycie! Tylko że mi w meloniku jest średnio do twarzy, więc musiał zostać we Włoszech. Tak symbolicznie! Gorąco było wtedy przeokropnie. Pamiętam, jak wchodziłyśmy z kościoła do kościoła, co kilka metrów, bo to jedyne miejsca, które dawały tamtego lata schronienia przed upałem i odrobinę chłodu. Obiecałam sobie wtedy: nigdy więcej Rzymu w sierpniu.
Dziś nie szaleję tak ze swoimi obietnicami. Kiedy codziennie patrzę na opustoszałe ulice Rzymu, zniosłabym nawet trwanie w upale, gdyby to zapewniło powrotu do normalności.
No więc kupię sobie ten kapelusz, jak to wszystko się skończy. Wcześniej sprawdzę, jak ma się sprawa z biletami. To bardzo niesprawiedliwe, że znalazłam już jedne na ten rok, w doskonałej cenie, dobrałam do nich piękne mieszkanie, a teraz muszę udawać, że nic się takiego nie dzieje, bo są ważniejsze sprawy.
Przepraszam, jakie są ważniejsze sprawy niż szczęście?
No ale dobrze, niech będzie, bo zaraz tu wyjdę na egoistkę patrzącą na swoje podwórko. Cóż, tak mnie uczą od jakiegoś czasu i tylko zaspokajając własne potrzeby, mogę oddawać się altruistycznej idei poprawiania jakości życia innych ludzi.
Kapelusz. Zdecydowanie kapelusz z dużym rondem będzie mi potrzebny tego lata, jeszcze przed wylotem.
Kiedy to wszystko już się skończy, zaplanuję sobie starannie życie do wakacji, aby niczego nam nie zabrakło. Nam, bo na dłuższą metę mogę nie wytrzymać w samotności. Mam jej teraz za dużo.
I jak już zaplanuję to życie, to przeżyję najpiękniejsze lato. Takie, jakiego jeszcze nie było. Wszystko będzie inne, nowe, a w środku jednak takie samo. Wszystkiego będzie pod dostatkiem i na pewno nie będę obiecywać sobie, że to koniec z winem. Nigdy nie będzie takiego momentu, bo to integralna część życia w szczęściu. Pracować można jedynie nad nadwyżką i nadużywaniem. Czy z tego wynika, że wyeliminowanie „nad” ze swojego życia może pomóc w jego ogarnięciu?
Na pewno większą uwagą otoczę bliskich mi ludzi. Uwagą i dotykiem, bo tego brakuje mi w ostatnich dniach bardzo mocno. Choć ciągle szerokie, grono to jest coraz mniejsze i węższe. Zmienia się, ewoluuje, jest bardzo elastyczne. Czasem wpada ktoś nowy i zostaje na zawsze, ale wchodzi w miejsce, z którego wypadają dwie inne osoby. Nie ma w tym nic złego, dobieranie sobie przyjaciół jest procesem, nie stałą. I nie jest tak, że jedna klepnięta znajomość jest już na całe życie. Magari! Gdyby tak było, musiałabym całe dnie spędzać na pielęgnowaniu relacji. Na szczęście mogę poświęcać swoją uwagę tylko tym, które są naprawdę istotne. Takowe można rozpoznać po kilku cechach, ale nie o relacjach ludzkich jest to przemyślenie.
Będę się więcej przytulać i wyrażać więcej dobrych emocji. Od jakiegoś czasu i tak robię to zdecydowanie częściej niż kiedyś, bo kiedyś nie robiłam tego wcale. Może dlatego ten progres jest dla mnie tak zaskakująco widoczny. Muszę czuć ludzi bliżej, to bardzo koi myśli. Tylko poziomu i wielości rozmów nie zmienię. Są w odpowiednim miejscu. Jest ich bardzo dużo i są bardzo wartościowe.
Kiedy to się skończy, wyłączę Internet. Nie na zawsze, nie jest to możliwe. Będę go wyłączać regularnie, żeby dać sobie szansę wykręcania numerów telefonów, a przede wszystkim spotykania się na żywo. Marnuję bardzo dużo czasu. Jasne, jest moment, kiedy warto sobie na to pozwolić, ale nie cały czas, a to niestety wchodzi w nawyk.
I będę też lepsza dla siebie, bo tego cały czas mi brakuje. Złoszczę się na samą siebie, robię sobie krzywdę, blokuję. Nie daję sobie ujścia. Źle jem, kiedy siada mi psychika i źle o sobie myślę. W ogóle myślę za dużo. Źle traktuję swoje nerwy, dając im codziennie pożywkę, bo tylko w ten sposób nikt nie zarzuci mi, że chyba za bardzo odpuszczam i na coś nie zasługuję. Kto ma prawo, żeby to oceniać i o tym decydować? No właśnie.
Więc tak, kiedy to się skończy, dam sobie więcej czasu. Będę dobra dla swoich nerwów, myśli, emocji i ciała, gdzie z tym ostatnim wojna toczy się nieprzerywanie. Walka jest bardzo nierówna, bo kiedy tylko robi się dobrze, ono wyciąga ciężką amunicję, ja zaczynam bronić się przed atakiem, a kiedy adrenalina uderza do głowy - sama atakuję. I tak sobie trwamy już od wielu lat. Tylko po cichu.
Kiedy to wszystko się już skończy, znajdę czas na dolce far niente. Zawsze tylko mówię, że tak chcę żyć, a robię to tylko W Tym Jednym Miejscu Na Świecie. Czemu nie robić tego teraz, tutaj? Miałam taki epizod, piękne to było życie i szczęśliwe. Gdzieś mi to uciekło. Muszę to złapać. Ale nie gonić!
Kiedy to wszystko się skończy, pogodzę się z myślami, że książka nigdy nie wyjdzie, ja nigdy nie osiągnę szczytu, a życie nie będzie wyglądać jak w projekcji w mojej głowie. To bardzo zakłamana projekcja i wrzucona w ramy stereotypów, przed którymi bardzo się bronię. Wszystko dlatego, że sama nie do końca wiem, czego chcę, co chcę, jak chcę, dlaczego akurat to i gdzie by się to miało wydarzyć. To coś. Ciągle tego szukam.
I kiedy to wszystko się skończy, w końcu to znajdę.