wtorek, 24 marca 2020

Kiedy to wszystko już się skończy.


Kiedy to wszystko już się skończy, kupię sobie nowy kapelusz z dużym rondem. Bardzo lubiłam ten poprzedni, niestety zakończył swój podróżniczy żywot na jednym z rzymskich placów w okolicy Fontanny di Trevi. Najpierw zamienił się w melonik, tak walczył o przeżycie! Tylko że mi w meloniku jest średnio do twarzy, więc musiał zostać we Włoszech. Tak symbolicznie! Gorąco było wtedy przeokropnie. Pamiętam, jak wchodziłyśmy z kościoła do kościoła, co kilka metrów, bo to jedyne miejsca, które dawały tamtego lata schronienia przed upałem i odrobinę chłodu. Obiecałam sobie wtedy: nigdy więcej Rzymu w sierpniu.

Dziś nie szaleję tak ze swoimi obietnicami. Kiedy codziennie patrzę na opustoszałe ulice Rzymu, zniosłabym nawet trwanie w upale, gdyby to zapewniło powrotu do normalności.

No więc kupię sobie ten kapelusz, jak to wszystko się skończy. Wcześniej sprawdzę, jak ma się sprawa z biletami. To bardzo niesprawiedliwe, że znalazłam już jedne na ten rok, w doskonałej cenie, dobrałam do nich piękne mieszkanie, a teraz muszę udawać, że nic się takiego nie dzieje, bo są ważniejsze sprawy.

Przepraszam, jakie są ważniejsze sprawy niż szczęście?

No ale dobrze, niech będzie, bo zaraz tu wyjdę na egoistkę patrzącą na swoje podwórko. Cóż, tak mnie uczą od jakiegoś czasu i tylko zaspokajając własne potrzeby, mogę oddawać się altruistycznej idei poprawiania jakości życia innych ludzi.

Kapelusz. Zdecydowanie kapelusz z dużym rondem będzie mi potrzebny tego lata, jeszcze przed wylotem.

Kiedy to wszystko już się skończy, zaplanuję sobie starannie życie do wakacji, aby niczego nam nie zabrakło. Nam, bo na dłuższą metę mogę nie wytrzymać w samotności. Mam jej teraz za dużo.

I jak już zaplanuję to życie, to przeżyję najpiękniejsze lato. Takie, jakiego jeszcze nie było. Wszystko będzie inne, nowe, a w środku jednak takie samo. Wszystkiego będzie pod dostatkiem i na pewno nie będę obiecywać sobie, że to koniec z winem. Nigdy nie będzie takiego momentu, bo to integralna część życia w szczęściu. Pracować można jedynie nad nadwyżką i nadużywaniem. Czy z tego wynika, że wyeliminowanie „nad” ze swojego życia może pomóc w jego ogarnięciu?

Na pewno większą uwagą otoczę bliskich mi ludzi. Uwagą i dotykiem, bo tego brakuje mi w ostatnich dniach bardzo mocno. Choć ciągle szerokie, grono to jest coraz mniejsze i węższe. Zmienia się, ewoluuje, jest bardzo elastyczne. Czasem wpada ktoś nowy i zostaje na zawsze, ale wchodzi w miejsce, z którego wypadają dwie inne osoby. Nie ma w tym nic złego, dobieranie sobie przyjaciół jest procesem, nie stałą. I nie jest tak, że jedna klepnięta znajomość jest już na całe życie. Magari! Gdyby tak było, musiałabym całe dnie spędzać na pielęgnowaniu relacji. Na szczęście mogę poświęcać swoją uwagę tylko tym, które są naprawdę istotne. Takowe można rozpoznać po kilku cechach, ale nie o relacjach ludzkich jest to przemyślenie.

Będę się więcej przytulać i wyrażać więcej dobrych emocji. Od jakiegoś czasu i tak robię to zdecydowanie częściej niż kiedyś, bo kiedyś nie robiłam tego wcale. Może dlatego ten progres jest dla mnie tak zaskakująco widoczny. Muszę czuć ludzi bliżej, to bardzo koi myśli. Tylko poziomu i wielości rozmów nie zmienię. Są w odpowiednim miejscu. Jest ich bardzo dużo i są bardzo wartościowe.

Kiedy to się skończy, wyłączę Internet. Nie na zawsze, nie jest to możliwe. Będę go wyłączać regularnie, żeby dać sobie szansę wykręcania numerów telefonów, a przede wszystkim spotykania się na żywo. Marnuję bardzo dużo czasu. Jasne, jest moment, kiedy warto sobie na to pozwolić, ale nie cały czas, a to niestety wchodzi w nawyk.

I będę też lepsza dla siebie, bo tego cały czas mi brakuje. Złoszczę się na samą siebie, robię sobie krzywdę, blokuję. Nie daję sobie ujścia. Źle jem, kiedy siada mi psychika i źle o sobie myślę. W ogóle myślę za dużo. Źle traktuję swoje nerwy, dając im codziennie pożywkę, bo tylko w ten sposób nikt nie zarzuci mi, że chyba za bardzo odpuszczam i na coś nie zasługuję. Kto ma prawo, żeby to oceniać i o tym decydować? No właśnie.
Więc tak, kiedy to się skończy, dam sobie więcej czasu. Będę dobra dla swoich nerwów, myśli, emocji i ciała, gdzie z tym ostatnim wojna toczy się nieprzerywanie. Walka jest bardzo nierówna, bo kiedy tylko robi się dobrze, ono wyciąga ciężką amunicję, ja zaczynam bronić się przed atakiem, a kiedy adrenalina uderza do głowy - sama atakuję. I tak sobie trwamy już od wielu lat. Tylko po cichu.

Kiedy to wszystko się już skończy, znajdę czas na dolce far niente. Zawsze tylko mówię, że tak chcę żyć, a robię to tylko W Tym Jednym Miejscu Na Świecie. Czemu nie robić tego teraz, tutaj? Miałam taki epizod, piękne to było życie i szczęśliwe. Gdzieś mi to uciekło. Muszę to złapać. Ale nie gonić!

Kiedy to wszystko się skończy, pogodzę się z myślami, że książka nigdy nie wyjdzie, ja nigdy nie osiągnę szczytu, a życie nie będzie wyglądać jak w projekcji w mojej głowie. To bardzo zakłamana projekcja i wrzucona w ramy stereotypów, przed którymi bardzo się bronię. Wszystko dlatego, że sama nie do końca wiem, czego chcę, co chcę, jak chcę, dlaczego akurat to i gdzie by się to miało wydarzyć. To coś. Ciągle tego szukam.

I kiedy to wszystko się skończy, w końcu to znajdę.

wtorek, 11 lutego 2020

Życie na kredycie


Każdy mężczyzna ma w swoim życiu 3 zadania: zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Chyba niekoniecznie w tej kolejności i niekoniecznie jest w tym jakiś cel, ale legenda głosi, że to ważne. Trzydziestolatkowie też pod naciskiem społecznym uciekają się do różnych działań, których nie chcą, ale wypada, bo wszyscy tak robią i nawet jeśli to nie działa, to nieważne. I ja właśnie doszłam do tej ściany. Muszę zmierzyć się z jednym ze swoich największych lęków: PANICZNIE BOJĘ SIĘ KREDYTÓW.

Odkąd pamiętam, mój tata spłacał kredyt. Nie wiem dokładnie na co był on przeznaczony, nie ciążył nam też jakoś specjalnie na jakości życia. Był wymówką dla naszych większych, dziecięcych czy młodzieżowych fanaberii. Zapamiętałam go jako takiego wampira, który wisi nad człowiekiem i wysysa z niego całą energię. Ten kredyt to musi być straszna rzecz, obiecałam sobie, że nigdy nie ściągnę na siebie świadomie takiego cierpienia. Musi być jakiś inny sposób, żeby żyć godnie i bez kredytu. Swoją drogą: czy życie z ciążącym na barkach kredytem można porównać do życia z godnością? Nie wiem, po prostu pytam.

Życie moje niespecjalnie chciało to weryfikować, za co jestem mu ogromnie wdzięczna. Jakoś mi szło. Nie, nie jakoś - szło mi całkiem nieźle i nauczyłam się, że na życie nie ma co narzekać, chociaż to taki sport narodowy. Sama, bez dzieci, bez zobowiązań i bez potrzeby posiadania. Naprawdę ciężko o lepszą sytuację do doświadczania. Praca w gastro przez długie lata nauczyła mnie, że w życiu nie istnieje ani sprawiedliwość, ani sprawiedliwość. Tak, z tą sprawiedliwością to uświadomiłam sobie podwójnie, kiedy dwa razy dostałam w dupę za nie swoje błędy, ale nauczyłam się też, że jak jest się ogarniętym, to hajs się zgadza. A to też sprzyja doświadczaniu, chociaż jest na to mało czasu, bo zmiana nie ma 8 godzin, a dni robocze to pojęcie bardzo abstrakcyjne.

To wszystko, czego nie udało mi się wydać, traktowałam jako budżet, który zawsze będzie sobie leżał na moim koncie i czekał na gorsze czasy, które przecież nigdy nie nastąpią, bo ja, młoda bogini, będę się mieć jak pączek w maśle do końca swoich dni. To życie postanowiło zweryfikować szybko: przy pierwszej „poważnej” pracy. Takiej z prestiżem, z multisportem, młodym, dynamicznym zespołem i ołpen spejsem. Wyjście z pracy po 8 godzinach wydawało mi się takim absurdem, że z przyzwyczajenia zapierdalałam podwójnie. Zawsze próbowałam sobie udowadniać, że umiem wszystko lepiej od samej siebie, że jestem najlepsza w tym co robię. I że właśnie tak będzie, jak dużo będę pracować. Że jeśli będę dalej tak zapierdalać, to hajs będzie się znowu zgadzał. Tymczasem poziom życia został, zarobki spadły, a poziom oszczędności, do tej pory uparcie leżących na koncie, roztapiał się jak przystało w erze globalnego ocieplenia. Próbowałam tego nie zauważać, a jednak poziom wody podnosił się i zaczynałam tonąć. Odkuję się - myślałam. Nie odkułam, a koniec miesiąca wspomagałam na różne sposoby, grając dalej w swoje dolce vita. Nic nie było tak ważne, jak dobre życie. To było (i jest!) warte każdych pożyczonych przed wypłatą pieniędzy. Nawet jeśli czułam, że to już trochę wstyd i że chyba nie umiem zarządzać swoim budżetem. Trudno, jeśli jutro może uderzyć mnie tramwaj, to co mi po oszczędnościach. #yolo

Przez palce przeleciało mi 5 lat. Nie wiem kto i kiedy mi je zabrał, czy świadomie w tym uczestniczyłam, czy o co chodzi, ale z ćwierćwiecza i Nowego Lepszego Życia dopadło mnie trzydziestolecie. A ja bez samochodu, bez mieszkania i zdolności kredytowej. Ludzie  w moim wieku robią biznesy, rodzą dzieci, a mnie przeraża, że to już. Że ja już też powinnam. Że nie mam nic swojego, nie widnieję jako właścicielka nieruchomości. Nie spłacam co miesiąc rat, które przecież (gdybym kupiła mieszkanie 10 lat temu, kiedy zastanawiałam się, czy życie studenckie może smakować lepiej niż porzeczkówka) dziś mogłyby być już 1/3 spłaconego kredytu. To oznacza, że jeśli wzięłabym ten kredyt dziś, to przed emeryturą byłoby moje na własność. Ceny mieszkań rosną, metraż się kurczy. Ja nie chcę zapuszczać korzeni, ale wszyscy wiją gniazdka. Bo nieruchomość to nie są utopione pieniądze, bo z kredytem można żyć normalnie, przecież i tak komuś za wynajem płacę każdego miesiąca.

No tak, ale zawsze mogę mu powiedzieć: arrivederci, spadam płacić komuś innemu.

I spadać. I płacić komuś innemu.

Nie rozumiem tych kalkulacji, że przecież z kredytem to mieszkanie będzie mnie kosztować więcej. Że ludzie popełniają samobójstwa, bo nie mają z czego spłacać rat. Że nie biorę z nikim ślubu, żeby ten ciężar dzielić na pół, że muszę za to odpowiedzialność wziąć na siebie i dwoje futrzastych dzieci, których nie mogę wysłać do pracy, bo one w życiu nic nie robiły, oprócz mruczenia, jedzenia i spania. Jak mogę podpisać cokolwiek z tak wielkim molochem jak bank? Przecież te prawnicze druki pełne są haczyków na mnie i będę później musiała mówić, że nie mogę czegoś zrobić, bo spłacam kredyt. I że będę mogła to zrobić, jak już go spłacę, tak jak mówił mój tata.

Czy to oznacza, że do 60 roku życia ominie mnie wszystko, co dobre? Że będę chodzić do pracy, modląc się o to, żeby mnie nie zwolnili, a jeśli jednak, to wezmę każdą pracę z pocałowaniem ręki, bez szacunku do siebie, swoich umiejętności i należącej mi się pensji? Bo muszę mieć na ratę kredytu. Przez 30 lat, co miesiąc.

A do tego wkład własny. Skąd ludzie biorą na wkład własny? Skąd bierze się 20, 40, 80 tysięcy? Pożycza się od rodziców? No ale bez przesady, w wieku 30 lat?! Idzie się robić nadgodziny do korporacji? A jak ktoś nie chce pracować w korporacji, bo jest mną i woli robić to, co lubi? To co wtedy? Nie bierze się kredytu na mieszkanie? A czy jeśli już mam spłacać ten kredyt, to czy mogę go wziąć na mieszkanie w Rzymie? Przecież skoro mam to spłacać do końca swych dni, to wolę już na starość patrzeć na Tyber i ucztować na Zatybrzu z przyjaciółmi. Żyć dalej swoje dolce vita, tylko w tym najwłaściwszym miejscu.

I do tej pory były to myśli czysto hipotetyczne, bo życie dawało mi kolejne szanse, a jak już mam farta, to wyciskam z niego, co się da. Zawsze miałam szczęście, mieszkałam w dobrych miejscach, za dobre pieniądze. Żadne z tych mieszkań nie było obciążające finansowo i psychicznie tak, jak byłaby rata dożywotniego kredytu. Chciałam przechytrzyć system. Z samochodu (na kredyt i nie tylko) zrezygnowałam, bo - choć wielka wygoda - to nie mieści się w filozofii ratowania ziemi przed katastrofą z poziomu zwyczajnego człowieka, a poza tym nie można za kierownicą czytać książek w korkach. Nie opłaca mi się. Na inne rzeczy zawsze udawało mi się odłożyć przy okazji, jak bardzo się spięłam. No dobra, nawet nie zdążyłam odłożyć, bo po prostu każde zaoszczędzone pieniądze pakowałam w autoterapię. Odkąd moim prywatnym lekarzem został dr Wizzair Discount-Club, żadne pieniądze nie były straszne moim oszczędnościom. Wszystko szło w podróże, a ja, jak landlordka, żyłam sobie w domu za mniej niż połowę raty potencjalnego kredytu. I było mi w tym życiu cudownie, dopóki nie przyszła zima (i tak łaskawa), a zamieszkały dom postanowił podjąć pewne odpowiedzialne decyzje za mnie i dać mi wybór: albo coś ze sobą zrobisz, albo umrzesz w arktycznych temperaturach.

Wywaliło ogrzewanie, piec wysiadł, nic nie da się zrobić, a inwestować się nie opłaca. Początek lutego, 1,5 miesiąca do potencjalnego końca zimy. 13 stopni w domu. Albo decyzja, że to już, że to znak. Że pora pakować manaty i iść do banku.

Psikus. Bo moja wewnętrzna dyskutantka znowu ma rozdwojenie jaźni. Z jednej strony: presja społeczna. Wszyscy biorą odpowiedzialność i biorą kredyt. Wszyscy mają swoje mieszkania. Wszyscy je urządzają i znajdują swoje miejsce na ziemi. Wszyscy to robią, a są w moim wieku, a nawet i młodsi. Bo nie jestem już w najmłodszej grupie docelowej. CO? ALE JAK, KIEDY TO SIĘ STAŁO? No dobra. To ten moment. Może faktycznie, może te Katowice, skoro ten Kraków taki niefajny po 9 latach. Może kawalerka, ale taka z antresolą, balkonem i dużym stołem. I wanną. Z tym wszystkim, o czym marzę, myśląc w kategorii „mieszkanie z moich snów”. Już się z gąską witam i...

Druga strona daje mi w pysk: przecież nie chcesz, nie potrzebujesz. Nie masz potrzeby posiadania, wolisz bez korzeni, wolisz jak nomada. Chcesz zmieniać, nie chcesz osiadać, to jeszcze nie ten czas, sama jeszcze nie wiesz dokładnie gdzie. Nie wiesz tak, jak nie wiedziałaś 10 lat wcześniej, ale wiesz, że to za duże obciążenie psychiczne. To tylko presja, nawet nie społeczna, bo nikt cię do niczego nie zmusza. To presja, którą sama na siebie nakładasz, bo coś do tej głowy nawkładać sobie musisz, żeby nie żyć za spokojnie. Nie jest ci to ani potrzebne, ani wymarzone. Nie chcesz się wiązać z bankiem, póki ostatnia rata was nie rozłączy. Ten lęk jest tak silny, że znowu robię sobie zimny, mentalny prysznic: nie świruj. Własne mieszkanie to duża odpowiedzialność. Własne mieszkanie to DOROSŁOŚĆ.

Więc włączam grzejnik i organizuję drugą kołdrę. Zima naprawdę jest łaskawa, pod dwoma kołdrami jest okropnie gorąco. Może mnie nie chcesz, domie zły, ale mam tu swoje bluzy z kapturem i ciepłe skarpety. I futro do głaskania. Możemy sobie przez ten miesiąc pomarznąć. Obiecuję, że potem pomyślę, co dalej.

I tak sobie zimujemy. Ja, moja odpowiedzialność i kolejne miesiące, w których mogłabym spłacać kredyt za własne mieszkanie. Szczegóły, naprawdę. Wolę wydać to na ważniejsze sprawy, zainwestować w dobre życie. Wolę otoczyć swój mózg miękką chmurką, która mówi: ciii, już dobrze. Nic nie musisz płacić. To cię nie dotyczy. Za parę lat i tak będzie koniec świata, więc nic ci po tym mieszkaniu. A że inni robią? No trudno. Ty masz dopiero 14 lat, a twój tata powtarza, że teraz nie możesz sobie na to pozwolić, ale jak on już spłaci kredyt, to będzie lepiej.

wtorek, 4 lutego 2020

Wtorek-chuj


Wszyscy bardzo zawsze narzekają na poniedziałek, jaki jest zły. Bo to początek tygodnia, pierwszy dzień po weekendzie. Nikomu się nic nie chce. Jest społeczne przyzwolenie na to, żeby narzekać. Tak, poniedziałek to taki Festiwal Narzekania i nic nie można z tym zrobić. Zresztą są ku temu przesłanki. W poniedziałek wolno i nikt się nie doczepi. Taki to dzień, wszyscy wzajemnie się rozumiemy. Poniedziałek. Nowy tydzień, nowe rozdanie, rozpoczęcie. Tragedia. Poniedziałek.

A ja uważam, że to właśnie wtorek jest tym dniem, który powoduje depresje i lęki. Który sprawia, że człowiekowi nie chce się żyć, bo świat nie sprzyja i w ogóle jest jakoś tak niewygodnie. Ten dzień nie ma litości, bo jest jak takie opuszczone dziecko. Nie to, że jest stygmatyzowany wielką nienawiścią (jak wspomniany poniedziałek). Nikt nie kocha go też nad życie, nie ma ku temu powodów. Wtorek jest wszystkim zupełnie obojętny i dlatego teraz mści się z cienia za wszystkie czasy. Atakuje ze zdwojoną siłą, żeby ktoś w końcu zwrócił na niego uwagę.

No bo tak: o poniedziałku już było. Król Nieszczęścia całego społeczeństwa, nie tylko polskiego. Środa to połowa tygodnia roboczego. To ten moment, kiedy zapomnieliśmy o poniedziałku, on już jest za nami. Do końca tygodnia też już bliżej niż dalej, więc człowiekowi lżej się robi w duszy. Środa to taki pik motywacyjny, że jeszcze tylko trochę trzeba pocisnąć i już będzie z górki. Jesteśmy na szczycie, musi być z górki. Czwartek, wiadomo, to Mały Piątek. Wielki Piątek źle się ludziom kojarzy, a Mały Piątek ma w sobie coś pieszczotliwego, nawet w samej nazwie. Niektórzy pozwalają sobie na puszczenie hamulców już tego dnia, bo nawet jeśli, to do przeżycia pozostaje jeszcze tylko piątek. I tu też bez niespodzianek. Tygodnia koniec i początek… jak rapował klasyk. O piątku większość ma to samo zdanie, że to raczej początek. Początek końca.

Weekend w ogóle jest jakąś jedną, spójną formą. Zaczynamy w piątkowy wieczór, kończymy na niedzielnym popołudniu. To taka trójca święta: Syn-Piątek, Bóg-Sobota i Duch-Niedziela. Dokładnie w tej kolejności. Każdy zna, każdy lubi. Nie ma się do czego dojebać. No może ta niedziela na koniec zaczyna nam latać jak komar koło ucha nocą, co go nie umiemy odgonić i zabić. Niedzielny wieczór zawsze przypomina, że znowu od początku jutro, że trzeba się nastawić i że przetrwać do piątku kolejnego. Ale te niedziele-duchy też mają swoje plusy. Lubicie je, dobrze o tym wiecie.

No tylko ten wtorek właśnie.

Przestawiam dni tygodnia. Mam moc sprawczą. Z poniedziałku robię poniedzielę, by żyło mi się lżej, ale energia w przyrodzie musi się zgadzać. Jeden dzień w tygodniu musi być chujem i jest to, drodzy Państwo, wtorek właśnie. Nie dajcie się zwieść. I uważajcie, bo dzisiaj smutki i lęki biorą z zaskoczenia, a atakują skuteczniej niż w inne dni.

czwartek, 15 sierpnia 2019

Czy emocje można przespać?


Odkąd poznałam Okuniewską i dotarło do mnie, że znowu jestem przyjaciółką idiotką, szukam alternatywnej drogi. Dwa razy pomyślę, nim zrobię jakiś chory ruch, nie zdarzyło mi się jeszcze „nie to okno” i na ramieniu ciągle siedzi mi duma i mówi: #nieróbtego. Bardzo mnie to cieszyło do momentu, w którym odkryłam kolejną rzecz! Prawdziwy ze mnie Internet Explorer, co jest szalenie emocjonujące w procesie nie wkręcania się w emocjonalne relacje.

To, że jestem emocjonalnym ułomem, wiadomo nie od dziś. Od paru miesięcy dzielnie walczy z tym mój psychoterapeuta, ale jak mu idzie - nie mnie oceniać. Spoko emocje to te najbardziej entuzjastyczne. Superhiperradości, dobra energia, pozytywne i bojowe nastawienie do świata. No super. To mogę sobie przeżywać. I złość połączona z furią, bo w to jestem dobra, choć z panowaniem nad tym drugim pojawiają się jeszcze problemy. 

No ale nie o tym miało być. Bo powoli na scenę wchodzą natrętne myśli, które w magiczny sposób łączą się z relacjami i - uwaga, słowo klucz - zaangażowaniem. W tym momencie mój mózg zaczyna spierdalać w podskokach w nieodkryte dotąd krainy. To znaczy tak mi się wydawało, że nieodkryte. Do dziś, bo…

… nagle z osoby, która do rana może czytać albo oglądać obrazki na Instagramie, stałam się fanką chodzenia spać przed północą. Bo jestem zmęczona. Bo muszę rano wstać. Bo organizm potrzebuje.

Nie no, jasne. Potrzebuje, tylko dlaczego. Pamietam jak obsesyjnie chodziłam spać o 22, kiedy kilkanaście (CO) lat temu pojawiła się w mojej głowie myśl, że muszę rozstać się ze swoim chłopakiem. I tu witamy oklaskami kolejnego gracza: odpowiedzialność.

Czyż nie lepiej iść spać i wyłączyć mózg niż rozkminić parę spraw, rozpykać je na złoto, znaleźć rozwiązanie i działać dalej?

Odpowiadam: otóż nie.

A apropos obsesji, to dowiedziałam się, że moje obsesyjno-kompulsywne liczenie ma swoją nazwę. Nerwice natręctw to naprawdę ładny świat. No ale przynajmniej mam wszystko policzone, to daje spokój mojemu mózgowi, poza tym robienie tych wszystkich matematycznych obliczeń i wpisywanie wartości daje mi poczucie, że mam kontrolę. Bo cyfry i liczby po prostu dodajesz, to się sumuje wszystko i wychodzi konkretny wynik. I to jest git, a nie jakiś tam świat emocji, co ich nie widać, nie dają pewnych wyników i trzeba nad nimi spędzać dużo czasu. Jakby nie dało się tego z wzoru jakoś policzyć. Przynajmniej rachunek prawdopodobieństwa, nooo!


Może to się jakoś leczy? Najlepiej tabletki jakieś #dej, bo tak bardzo nie chce mi się starać i pracować nad sobą, że masakra.

Serio.
No to dobranoc.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Moje życie wymaga impulsu

Bycie zajawkowiczką ma swoje dobre i złe strony.

Dobre są mocno osadzone w energii, która rozsadza od środka i nie pozwala usiedzieć w miejscu. Która nawet nie podpowiada, a wręcz krzyczy do ucha: RÓB, TERAZ, NATYCHMIAST, PÓŹNIEJ TO SIĘ NIE UDA! Rób, póki jesteś nakręcona jak stopisiont, to przynajmniej będziesz miała dobry początek. A jak się nie uda, to po prostu będziesz miała kolejną nieskończoną rzecz, a przecież do tego akurat można przywyknąć. Kaman, teraz się uda, wiesz to.

Złe osadzone są w nieczasowości. W niezdecydowaniu. W impulsach, które płyną z zewnątrz i - patrz punkt pierwszy - nie pozwalają na zorganizowanie się w konkretnych ramach czasowych. To też często ten moment, kiedy spada pierwsza radość z pisania pięknego poematu, endorfiny wygodnie układają się w serduszku i... idą spać. Robią to tak cicho, nie chrapią, że zapominam o tym, że w ogóle mam jakieś endorfiny. No kurde bele, przecież śpiące dzieci to ciągle dzieci, nawet jeśli ich nie słychać, nie są martwe.

Chyba.

No ale co z tą nieczasowością? To takie usprawiedliwienie, że chciałabym, a nie chce mi się. Chciałabym, a nie wiem o czym i jak się do tego zabrać. Czasem po prostu to płynie, go with the flow, nie muszę się zastanawiać nawet nad sensownością tych słów.

Bo był impuls. I tu przychodzimy do sedna właśnie.
Po pięknym skasowaniu skrzętnie kręconego od paru tygodni filmu obyczajowego i zrobieniu z niego komediodramatu przygodowego, zbieram od nowa siły na "JEZUSIERÓBMYCO". I w mojej głowie znowu się to dzieje bez kontroli. Sam fakt, że piszę, jest tego potwierdzeniem. Przez 5 ostatnich dni zdążyłam sto razy wyznać miłość swoim przyjaciółkom, bo #najlepszeżycie #dolcevita #vinobianco #biancofrizzanti. Zdążyłam na nowo pokochać wino, bo to jest coś, co kocham przecież miłością szczerą, tylko czasem sobie wmawiam, że nie. Zdążyłam wypić kolejną kawę życia i zrozumieć, że to jednak Śląsk, że to tu. Zdążyłam wrócić do tańczenia i zrozumieć, jakie to ważne dla mojego rozwoju, dla mojej psychiki. Zdążyłam pogłaskać koty mocniej niż zwykle, bo nie jestem taką złą matką. Ogarnąć finanse na dany miesiąc i zrozumieć, że jebać jedzenie. Zresztą wszyscy wiemy, że Rzym > jedzenie, więc właściwie nie ma się czym przejmować i jakoś to będzie.

I zawsze jest jakoś super. Dlatego w międzyczasie umówiłam się jeszcze na kolejne kawy i wina, uwierzyłam w parę banałów, że są one możliwe nawet na tym łez padole. Otworzyłam w głowie dwa biznesy życia (jeden stary, co go otwieram regularnie, a drugi to coś zupełnie nowego).

To wszystko pod wpływem impulsu. Nieważne, co nim było. Ważne, że przypomina historię mojego życia, ale w cudzym wydaniu. I w tym cudzym wydaniu pada stwierdzenie: nie musisz w tym siedzieć, możesz to zmienić. Nie ma to absolutnie żadnego znaczenia czy niektóre kroki są aktem desperacji czy odwagi, każdy niech odbiera to sobie po swojemu.

I chyba pora pomachać psychoterapeucie na pożegnanie, po raz pierwszy (czyli zakładam, że będzie powrót, NO LOL), bo aktualny poziom energii przekracza granice nawet w formie zapasów i pozwoliłby na wykarmienie 83% ludności na świecie (mówimy o podstawowych potrzebach zaspokajania głodu, nie o kawiorze i szampanie) oraz zatrzymanie przerażających zmian klimatycznych. Tak czuję, że trzeba samej na tych nogach ustać, nawet jeśli mam kontuzjowaną kostkę dłużej niż planowane 3 tygodnie. Swoją drogą... Do wesela miało się zagoić. Już po weselu, a kostka dalej w rozmiarze XL. A przecież miałam już dawno wejść w "S".

To dobry początek tygodnia, bo tyle się dzieje, bo tyle planów i to dobrych planów.

Tylko ciekawe, jak długo impulsy będą działać.
Jakiś chochlik siedzi jednak w tej durnej głowie i mówi, że trawienie jest dobre, ale metabolizm przyspiesza i to nie zawsze przekłada się na wartości odżywcze zaplanowanej z góry na rok diety.

No trudno.
Próbujmy, jak mawiał klasyk.

wtorek, 25 czerwca 2019

Jaką byłabym matką i dlaczego złą.


Każdy, kto zapragnął w swoim życiu dzieci, powinien sobie najpierw zrobić takie testy i wziąć zwierzątko. Można zacząć od chomika. Nie przez przypadek przyzwyczaja on polskie dzieci do śmierci.
Zwierzę to taki papierek lakmusowy na rodzicielstwo. Tylko fajniejszy, bo ma futerko, nie drze tak mordy, a nawet jak jest małe, to można je zostawić same na parę godzin w domu. Dlatego lubię myśleć o sobie jak o matce dwojga niesfornych dzieci.

Kocierzyństwo wiele mnie w życiu nauczyło. Na przykład wczoraj nauczyło mnie tego, że nie powinnam być matką.

Gustaw to czorny, strachliwy domator. Jest rojbrem, ale w granicach poczciwości i nie buntuje się bardzo, jako to młodsze dziecko. Nie daje się skusić komarom za oknem, poluje wewnętrznie, bo świeże powietrze raczej go przeraża.

Co innego ciekawa świata Francesca. Odkąd przeprowadziliśmy się do Słonecznej Tyszkanii wiedziałam, że nie pożyjemy spokojnie przy tych balkonach i ogródku. Niestety me matczyne serce nie może patrzeć, jak ta boroka leży zdechła cały dzień przy tych upałach. Dlatego pozwoliłam sobie na odrobinę szaleństwa i wypuściłam ją na balkonowe eskapady pod moją opieką. Cisza, spokój, ciemność, wena do pisania… Trzy razy pomyślałam, że muszę osiatkować ten balkon, to będę jej pozwalać wychodzić w trakcie dnia. Inaczej mi ucieknie, bo już widziałam, że podejmuje próby poszerzenia terenu spacerniaka na obszar sąsiedzki. Wycofywałam ją konsekwentnie przy każdej takiej próbie. Obrażona moimi upomnieniami podejmowała kolejne.

Jesteś matką. Stawiaj granice. Pozwalaj eksplorować, ale stawiaj granice.

… i nim się obejrzałam, kończąc w myślach to zdanie, POOOSZŁAAA!

Pierwsza myśl: Nie panikuj.
Druga myśl: Przestań panikować.

Widzę, że siedzi na balkonie sąsiadów i bezczelnie macha ogonem. Widzę w tych świecących oczach to szydercze „i co mi, kurwa, zrobisz, Bożena? Będziesz skakać przez ten balkon w koszuli nocnej i bez szczewików? No to lecisz.”

Niestety sytuacja była dość absurdalna, bo faktycznie byłam w koszuli nocnej i bez szczewików. Wzięłam oddech. Przecież ona nie zna dzikiego życia, jest kotem niewychodzącym. Nie posunie się poza strefę komfortu, a jak jej się znudzi robienie mi na złość, to wróci sama.

Uspokojona tą myślą wróciłam do pisania. I nagle słyszę JEBUTDUP.
„Kurwa, zeskoczyła!” - myślę
Telefon z latarką i widzę tylko puchaty ogon, który znika za płotem sąsiada. PANIKA. To nie był jej ogon, ale może jednak był? Spierdoliła, no nie, nie wróci, co teraz, jak jej szukać, jest noc, sąsiady śpią, wszyscy śpią, cały świat śpi, tylko kotki domowe spierdalają jak ich matki akurat mają czas i ochotę na czilałtowy wieczór na balkonie.

„Nigdy już jej nie zobaczę” - taka myśl zakotłowała mi w głowie. Głupio by było, gdybym nie ruszyła w poszukiwania, ale serce zabiło mocniej. Niby mam jeszcze drugiego, ale też głupio tak myśleć, co nie? Dzieci powinno kochać się w miarę równo. Co więcej - ją kocham bardziej. Dalej. Trudno, idę. Oczojebno-pomarańczowe adidasy świetnie zgrywają się z dresiarską bluzą i moją koszulą nocną. Ikona stylu to ja. IKONA STYLU BEZ KOTKI. Chciałam wierzyć, że wróci, ale coś mówiło mi, że nie.

Ciciam, wołam. Lol, ciekawe czego oczekiwałam, skoro ona nigdy nie zareagowała na cicianie i wołanie. Pozdro. Chodzę po dzielni i migam latarką. Ani miałku. Ani błysku w oku. Nic. W myślach mam już treść ogłoszenia, które jutro będę rozwieszać na słupach. Że zaginęła kotka, że miała obrożę antystresową. Że białe skarpetki i końcówka ogona. Że jest ukochaną córką. Że nie zna życia, że nigdy nie była na gigancie. Po 15 minutach zaczęłam układać sobie życie tylko z jednym kotem. Ją pewnie i tak ktoś jutro przyniesie przejechaną przez samochód, pogryzioną przez inne dzikie stworzenia (widziałam po drodze jeża!) lub wygłodniałą (można zgłodnieć przez noc, potwierdzone info). To koniec. To były piękne 4 lata, a ja nie zdałam egzaminu na matkę. Było mi przykro, ale jeszcze nie do końca do mnie docierała ta sytuacja. Byłam dziwnie spokojna, ale nie wiedziałam z jakiego to powodu. Bo będę mogła spokojnie podróżować bez pozostawienia dziecka pod opieką kogoś obcego (bo nie mam już jednego dziecka)? No naprawdę, postawa godna kochającej rodzicielki.

A może coś w środku mówiło mi: wróci. I jak wróci, będę o nią dbać i kochać ją. Dostanie najlepsze zabawki, nie będę zaniedbywać naszego wspólnego czasu. Wszystko będzie jak na początku. Tylko niech wróci!

I nagle to widzę. Parę tych pieprzonych świecących oczu migającą zza rolety antywłamaniowej sąsiada, na jego balkonie, na 1 piętrze. TY DEBILKO, NAWET NIE ZESKOCZYŁAŚ. Siedziałaś tam, wredna futrzata mendo, narażając mnie na nocny sprint myśli. Siedziałaś i czekałaś „no, Bożena, taka byłaś mądra i spokojna, to dajesz teraz w tej koszuli po dzielni!”.

Prysła nowa kocia konsola, kolonie we Władysławowie i miska mleka raz na jakiś czas. „Zabiję Cię.” - ta myśl przyświecała mi, kiedy grzechotałam przysmakami. Kiedy próbowałam przeciągnąć ją na swoją stronę balkonu, ale nie mogłam, bo ta czarownica stała na bezpieczną odległość, wydając z siebie zadowolone pomruki.

A kiedy już się udało, dostała karę.
„Śpisz z młodszym bratem w pokoju i mam w dupie, że się nie lubicie. Dziś on zostaje tu na noc.”

A ona, jak gdyby nigdy nic, patrzyła i mówiła tym wzrokiem:
„Pojebało cię, Bożena. Jesteś panikarą, a ja po prostu chciałam się przejść, bo dość mam już tego zniewolenia. Mam już 4 lata i nie będziesz mi mówić, jak mam żyć. Od tego masz tego czornego gnoja, ale mojego życia układać nie będziesz, a teraz pozwól, że spocznę. Wyjebane mam na twoje nadszarpnięte nerwy, jednak ta wycieczka do sąsiadów mnie zmęczyła. #nara”

I poszła spać.
I nie mogłam jej dać kary. Nie mogłam jej nawet dać klapsa, bo nie bije się dzieci i dzieci-kotów też się nie bije. Nie mogę posadzić jej do kąta, dać bana na granie na komputerze czy cofnąć kieszonkowego. Straciłam poczucie władzy, kontroli i autorytetu.

Moje dziecko ma mnie w dupie. A ja nic nie mogę z tym zrobić.
I jeszcze będę podróżować z wiecznym poczuciem winy czy wszystko u niej ok, czy nie tęskni za mocno, jak ja za nią.

A po powrocie dostanę jedynie: gdzie zaś byłaś, szmajuro? Żarcie dej.

I wtedy do snu utuliła mnie myśl, że przynajmniej nie musiałam przebierać jej pieluch, jak była mała. I robić korali z makaronu do przedszkola.

No i super.
A po szklankę wody na starość pójdę sobie przecież sama.

sobota, 22 czerwca 2019

Jak Robert Plant uświadomił mi, że wybrałam najlepsze z dostępnych mi żyć.

Jako klasyczny kompuls i zero-jedynkowiec dzielę swoje życie na skrajne połowy:

1. Na fali euforii wszystko idzie elegancko. Piszę teksty jak pojebana (dzień dobry, jesteśmy w tym momencie), chcę się nimi dzielić, chce mi się wychodzić i robić rzeczy, a jak mi się nie chce, to nie robię - i to TEŻ jest ok. W mojej głowie otwiera się czwarty biznes życia, który już za rok będzie zarabiał na mnie pieniądze, książki w głowie piszą się same, a ja jestem już mentalnie na własnych spotkaniach autorskich. Na dodatek każdy wysiłek, który wkładam w przyłożenie się do ogarnięcia insulinooporności, zaprocentuje (w końcu!) już niedługo, ale spokojnie, bo to działania długofalowe.
Praca jest ekstra, koty są ekstra, kawa jest ekstra.

Ale że nie można całe życie lecieć na mentalnej amfetaminie, przychodzi faza spadku, która w przypadku tego hajpu ma bardzo negatywny wpływ na odczuwanie, bo odczuwa się ją dwa razy mocniej. Spadanie z Kasztanki boli mocniej niż z Kucyka Pony. #trustory
I tu zaczyna się...

2. Depresja. Bo nic już nie idzie elegancko, a jeśli coś idzie, to trzeba to dobić. Tekstów się nie pisze, chyba że te w notatniku, które potem się niszczy i które NIGDY nie ujrzą światła dziennego. Rzeczy się nie robią same, a przecież powinny, bo nie mam tu żadnej sprawczości. Jeśli mam, to tylko tę złą, bo i tak nic nie wyjdzie. Robienie ma chujowe rezultaty, a nierobienie nie jest ok. Na biznesy życia nie ma hajsu, czasu i woli do działania, poza tym wiadomo, że żaden z nich się nie uda. Jeszcze bym popadła w długi, a kto by je spłacał? Książki nie napiszę nigdy. Będę tylko o niej gadać. A wszystkie schorzenia, które mam, to kara boska i na pewno mam jeszcze coś, na co mnie nie zdiagnozowali, a że o tym nie wiem, to nigdy nie uda się mnie ogarnąć. Nie ma się po co starać, poza tym efekty mają być JUŻ, TERAZ, NATYCHMIAST. Do tego wszystkiego jestem dramatyczną pracownicą, nie mam serca do projektów, ale to bez różnicy, bo zawsze wyjdą źle. Wszytko jest źle. A koty srają poza kuwetą. Tylko kawa dalej jest ekstra, ale pije się jej więcej, żeby zapewnić sobie kofeinowy haj. Działa, choć sprzyja atakom paniki. #niepolecam

Och, jak marzy mi się umiar!
Jak chciałabym poczuć, że jest w punkt, a tu tylko bodźce i bodźce. Tylko one działają na tę wunglową głowę i przeciągają do bramki numer jeden lub bramki numer dwa. Rozkminiam, jestem w przeszłości, w przyszłości, planuję, zmieniam te plany, odnoszę się do dawnych działań i doświadczeń.


I nagle jest ten moment, kiedy po latach spotykasz Roberta Planta. Nie do końca w to wierzysz, ale to prawda. On stoi na scenie, parę metrów przed tobą (w końcu nie na darmo czekałaś 2 godziny pod sceną, zamiast jeździć na niebieskim rollercoasterze). Wygląda jak prawdziwy i ma taki sam głos, kiedy 7 lipca 1980 roku w Berlinie śpiewał Oh, Babe, Since I've Been Loving you, yeah.

Ponoć pada deszcz. W Sztokholmie w 2019 roku, nie wtedy, w Berlinie.

I on tak śpiewa, śpiewa, a ty tak na niego patrzysz i myślisz "nieeee, niemożliwe", ale kształt twoich oczu przybrał nadzwyczajnie okrągłą formę, wiec chyba jednak możliwe. Tylko jak, skoro przez 29 lat swojego życia miałaś w głowie myśl, że oni już nigdy razem nie zagrają, bo Bonzo, a poza tym wewnętrzne konflikty wśród reszty. Przecież są już starzy. Mogą wkrótce umrzeć, więc gdzie tam koncertowanie.

No ale jest. Jak żywy. I kiedy zaczyna śpiewać Going to California to już nie masz wątpliwości, że jesteś na skraju metafizycznego przeżycia wewnętrznego, chociaż nie bardzo wiesz, czy masz się śmiać, czy płakać, czy klaskać, czy się bujać, czy stać w miejscu, czy krzyczeć, czy śpiewać.

Więc trwasz. I nagle przychodzi ci do głowy tylko jedna myśl: dobre życie. Jesteś osadzona TU i TERAZ i jest to najlepsza wersja żywota twojego, jaką mogłaś wybrać. Nie chcesz od tego uciekać, nawet nie myślisz o niczym innym. Po prostu jesteś. A on ci śpiewa.

Dzięki, Robercie.
To było ważne 1,5 godziny.