piątek, 15 marca 2019

Historia jednego bojlera


Całe moje życie jest bi, wszystko w nim jest podwójne, skrajne. Nigdy nie spotykam się z niczym po środku, zawsze tam coś odstaje. Zaczynając od mojej wewnętrznej bi-polarzycy. Ona czasem mocno próbuje walczyć, ale ostatecznie wyląduje gdzieś na skraju.

No trudno.

Więc albo robię NIC. Ale tak totalnie nic.
Albo zmiany popychają mnie do nowych rzeczy. Do dalszych zmian, do większych zmian. 

Ok, moja natura nigdy nie przeskoczy jednego. Prawdopodobnie dopóki nie rozsypią moich prochów (alternatywnie: dopóki nie wyrzucą moich zwłok do wody), nie spadnie na mnie łaska ducha świętego, która pozwoli na utrzymanie życia w czystości. Czystości rozumianej dosłownie. Burdel i chaos będą mi towarzyszyć na tym łez padole po wsze czasy.

Dlatego, by zachować higienę psychiczną, za porządki wzięłam się przy okazji przeprowadzki. Dopóki migrowałam wewnątrz miasta królów jakoś mnie to nie dotykało, ale pokonując kilometry między Krakowicami, aż do Słonecznej Tyszkanii, dotknęła mnie (w końcu!) taka refleksja: na chuj ci to wszystko? Po co ci te wszystkie rzeczy?

"Po co mi te wszystkie rzeczy" nie wiem wcale, ale wnoszenie 253224 książek, 5623 ton worków z ciuchami (w rzeczywistości używam pół worka i to wliczając sprzęt narciarski) i 239 pudła z chujwieczym dało mi do myślenia. Do myślenia dały mi jeszcze komentarze "ile ty masz rzeczy, dziołcho!". Kroplę do tego morza domyśleń wrzuciło jedno wystąpienie o minimalizmie. A że podatna jestem na ludzi i ich życiowe wizje, pomyślałam: chcę tak zacząć żyć.

I korzystając z okazji, że teraz to wszystkie muszę wypakować i poukładać w nowej hacjendzie, wyrzucę wszystko, co nie potrzebne. Życie nomada wymaga regularności w ograniczaniu swojego dobytku.

Dlatego jeśli nie byłam w tej sukience nigdzie od 3 lat, to prawdopodobnie nie wyjdę w niej przez kolejne 4. Postaram się nie uronić łzy. Jeśli tę piżamę, zgodnie z zasadą mojej babci, mam „do szpitala”, to może pora zrozumieć, że chyba jeszcze trochę żywota przede mną i żadne szpitale nie czekają na mnie z niecierpliwością. Jak znam siebie, to chichot losu położy mnie w momencie rozlakowania nowej piżamy. I będę musiała iść do szpitala w rozlakowanej.

Pożegnam się też z pamiątkami rodzinnymi. Biletami z komunikacji miejskiej Ferrary, listami ze studiów czy płytami ze zdjęciami z grilla z gimnazjum, których i tak nigdzie już nie odtworzę. Ta płyta jest pewnie tak porysowana, że żaden laser jej nie rozczyta. Poza tym nie mam czytnika na płyty. Może to bardziej to.

A na koniec, z łezką w oku, wezmę się za swoją największą miłość, która jest najdłodszym ciężarem. Książki przyjechały ze mną juz do 5 domu. Z każdą przeprowadzką jest ich coraz więcej. Mnożą się jak szalone i rosną w siłę. Jestem dumną matką. To miłość ciężka, acz wielka. Niestety życie tułacza wymaga poświęceń. Tytuły, z którymi związałam się na zawsze, zostaną na regale. Te mniej lubiane, te zapomniane czy po prostu te chujowe będą musiały opuścić Kocie Królestwo Śląska i wyruszyć z kimś w nową podróż. Niech przysłużą się innym do zajmowania miejsca w domu i obciążania komód na ciuchy. I stołów. I podłogi. I niebieskich worków z IKEA, jak już nie będzie ich gdzie kłaść.

I żeby to było już totalnie symboliczne, grosza poprosza! Za te książki w sensie.
I to wszystko dam na biedne kotki.

Tak oto zacznę robić porządek ze swoim życiem.


Francesca przysiada i się przygląda. Jej wzrok ewidentnie mówi: odjebało ci, Bożena. Nie ogarniam, ale spoko, przynajmniej mamy teraz dom w którym są schody i dużo nowych miejsc do niuchania. Rób se, co chcesz. Wywalaj, a ja będę patrzeć. Tylko potem nie narzekaj, że ja też wywalam różne rzeczy, bo przykład idzie z góry. No i git. Wyciepuj to, Bożena.

Gustawa na razie brak. Słoneczna Tyszkania jeszcze go nie wciągnęła, więc ukrywa się jak szpieg. Wierzę, że się przyzwyczai i nie będę musiała słuchać smutnych miauków w nocy, które w wolnym tłumaczeniu będą znaczyć: odjebało ci, Bożena. Gdzieś ty mie wywiozła na wieś, kota miastowego, gdzie ja mam się bawić, rozrywek szukać w tej dziurze zabitej dechami. Coś ty mie, babo wstrętna, uczyniła w me młodzieńcze lata?!

Więc każde z nas ma w głowie do posprzątania. Francesca, Gustaw i ja.

Ale żeby nie było zbyt patetycznie, zmrożę sobie najpierw krew w żyłach. Nie dlatego, że chcę. Po prostu zepsuł się bojler. Akurat w piątek. Akurat kiedy wracam pełna energii do nowego działania. Akurat kiedy chciałam zacząć porządkować... wszystko.


Widocznie zmiany życiowe muszę zacząć od bojlera.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz