Każdy mężczyzna ma w swoim życiu 3 zadania: zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Chyba niekoniecznie w tej kolejności i niekoniecznie jest w tym jakiś cel, ale legenda głosi, że to ważne. Trzydziestolatkowie też pod naciskiem społecznym uciekają się do różnych działań, których nie chcą, ale wypada, bo wszyscy tak robią i nawet jeśli to nie działa, to nieważne. I ja właśnie doszłam do tej ściany. Muszę zmierzyć się z jednym ze swoich największych lęków: PANICZNIE BOJĘ SIĘ KREDYTÓW.
Odkąd pamiętam, mój tata spłacał kredyt. Nie wiem dokładnie na co był on przeznaczony, nie ciążył nam też jakoś specjalnie na jakości życia. Był wymówką dla naszych większych, dziecięcych czy młodzieżowych fanaberii. Zapamiętałam go jako takiego wampira, który wisi nad człowiekiem i wysysa z niego całą energię. Ten kredyt to musi być straszna rzecz, obiecałam sobie, że nigdy nie ściągnę na siebie świadomie takiego cierpienia. Musi być jakiś inny sposób, żeby żyć godnie i bez kredytu. Swoją drogą: czy życie z ciążącym na barkach kredytem można porównać do życia z godnością? Nie wiem, po prostu pytam.
Życie moje niespecjalnie chciało to weryfikować, za co jestem mu ogromnie wdzięczna. Jakoś mi szło. Nie, nie jakoś - szło mi całkiem nieźle i nauczyłam się, że na życie nie ma co narzekać, chociaż to taki sport narodowy. Sama, bez dzieci, bez zobowiązań i bez potrzeby posiadania. Naprawdę ciężko o lepszą sytuację do doświadczania. Praca w gastro przez długie lata nauczyła mnie, że w życiu nie istnieje ani sprawiedliwość, ani sprawiedliwość. Tak, z tą sprawiedliwością to uświadomiłam sobie podwójnie, kiedy dwa razy dostałam w dupę za nie swoje błędy, ale nauczyłam się też, że jak jest się ogarniętym, to hajs się zgadza. A to też sprzyja doświadczaniu, chociaż jest na to mało czasu, bo zmiana nie ma 8 godzin, a dni robocze to pojęcie bardzo abstrakcyjne.
To wszystko, czego nie udało mi się wydać, traktowałam jako budżet, który zawsze będzie sobie leżał na moim koncie i czekał na gorsze czasy, które przecież nigdy nie nastąpią, bo ja, młoda bogini, będę się mieć jak pączek w maśle do końca swoich dni. To życie postanowiło zweryfikować szybko: przy pierwszej „poważnej” pracy. Takiej z prestiżem, z multisportem, młodym, dynamicznym zespołem i ołpen spejsem. Wyjście z pracy po 8 godzinach wydawało mi się takim absurdem, że z przyzwyczajenia zapierdalałam podwójnie. Zawsze próbowałam sobie udowadniać, że umiem wszystko lepiej od samej siebie, że jestem najlepsza w tym co robię. I że właśnie tak będzie, jak dużo będę pracować. Że jeśli będę dalej tak zapierdalać, to hajs będzie się znowu zgadzał. Tymczasem poziom życia został, zarobki spadły, a poziom oszczędności, do tej pory uparcie leżących na koncie, roztapiał się jak przystało w erze globalnego ocieplenia. Próbowałam tego nie zauważać, a jednak poziom wody podnosił się i zaczynałam tonąć. Odkuję się - myślałam. Nie odkułam, a koniec miesiąca wspomagałam na różne sposoby, grając dalej w swoje dolce vita. Nic nie było tak ważne, jak dobre życie. To było (i jest!) warte każdych pożyczonych przed wypłatą pieniędzy. Nawet jeśli czułam, że to już trochę wstyd i że chyba nie umiem zarządzać swoim budżetem. Trudno, jeśli jutro może uderzyć mnie tramwaj, to co mi po oszczędnościach. #yolo
Przez palce przeleciało mi 5 lat. Nie wiem kto i kiedy mi je zabrał, czy świadomie w tym uczestniczyłam, czy o co chodzi, ale z ćwierćwiecza i Nowego Lepszego Życia dopadło mnie trzydziestolecie. A ja bez samochodu, bez mieszkania i zdolności kredytowej. Ludzie w moim wieku robią biznesy, rodzą dzieci, a mnie przeraża, że to już. Że ja już też powinnam. Że nie mam nic swojego, nie widnieję jako właścicielka nieruchomości. Nie spłacam co miesiąc rat, które przecież (gdybym kupiła mieszkanie 10 lat temu, kiedy zastanawiałam się, czy życie studenckie może smakować lepiej niż porzeczkówka) dziś mogłyby być już 1/3 spłaconego kredytu. To oznacza, że jeśli wzięłabym ten kredyt dziś, to przed emeryturą byłoby moje na własność. Ceny mieszkań rosną, metraż się kurczy. Ja nie chcę zapuszczać korzeni, ale wszyscy wiją gniazdka. Bo nieruchomość to nie są utopione pieniądze, bo z kredytem można żyć normalnie, przecież i tak komuś za wynajem płacę każdego miesiąca.
No tak, ale zawsze mogę mu powiedzieć: arrivederci, spadam płacić komuś innemu.
I spadać. I płacić komuś innemu.
Nie rozumiem tych kalkulacji, że przecież z kredytem to mieszkanie będzie mnie kosztować więcej. Że ludzie popełniają samobójstwa, bo nie mają z czego spłacać rat. Że nie biorę z nikim ślubu, żeby ten ciężar dzielić na pół, że muszę za to odpowiedzialność wziąć na siebie i dwoje futrzastych dzieci, których nie mogę wysłać do pracy, bo one w życiu nic nie robiły, oprócz mruczenia, jedzenia i spania. Jak mogę podpisać cokolwiek z tak wielkim molochem jak bank? Przecież te prawnicze druki pełne są haczyków na mnie i będę później musiała mówić, że nie mogę czegoś zrobić, bo spłacam kredyt. I że będę mogła to zrobić, jak już go spłacę, tak jak mówił mój tata.
Czy to oznacza, że do 60 roku życia ominie mnie wszystko, co dobre? Że będę chodzić do pracy, modląc się o to, żeby mnie nie zwolnili, a jeśli jednak, to wezmę każdą pracę z pocałowaniem ręki, bez szacunku do siebie, swoich umiejętności i należącej mi się pensji? Bo muszę mieć na ratę kredytu. Przez 30 lat, co miesiąc.
A do tego wkład własny. Skąd ludzie biorą na wkład własny? Skąd bierze się 20, 40, 80 tysięcy? Pożycza się od rodziców? No ale bez przesady, w wieku 30 lat?! Idzie się robić nadgodziny do korporacji? A jak ktoś nie chce pracować w korporacji, bo jest mną i woli robić to, co lubi? To co wtedy? Nie bierze się kredytu na mieszkanie? A czy jeśli już mam spłacać ten kredyt, to czy mogę go wziąć na mieszkanie w Rzymie? Przecież skoro mam to spłacać do końca swych dni, to wolę już na starość patrzeć na Tyber i ucztować na Zatybrzu z przyjaciółmi. Żyć dalej swoje dolce vita, tylko w tym najwłaściwszym miejscu.
I do tej pory były to myśli czysto hipotetyczne, bo życie dawało mi kolejne szanse, a jak już mam farta, to wyciskam z niego, co się da. Zawsze miałam szczęście, mieszkałam w dobrych miejscach, za dobre pieniądze. Żadne z tych mieszkań nie było obciążające finansowo i psychicznie tak, jak byłaby rata dożywotniego kredytu. Chciałam przechytrzyć system. Z samochodu (na kredyt i nie tylko) zrezygnowałam, bo - choć wielka wygoda - to nie mieści się w filozofii ratowania ziemi przed katastrofą z poziomu zwyczajnego człowieka, a poza tym nie można za kierownicą czytać książek w korkach. Nie opłaca mi się. Na inne rzeczy zawsze udawało mi się odłożyć przy okazji, jak bardzo się spięłam. No dobra, nawet nie zdążyłam odłożyć, bo po prostu każde zaoszczędzone pieniądze pakowałam w autoterapię. Odkąd moim prywatnym lekarzem został dr Wizzair Discount-Club, żadne pieniądze nie były straszne moim oszczędnościom. Wszystko szło w podróże, a ja, jak landlordka, żyłam sobie w domu za mniej niż połowę raty potencjalnego kredytu. I było mi w tym życiu cudownie, dopóki nie przyszła zima (i tak łaskawa), a zamieszkały dom postanowił podjąć pewne odpowiedzialne decyzje za mnie i dać mi wybór: albo coś ze sobą zrobisz, albo umrzesz w arktycznych temperaturach.
Wywaliło ogrzewanie, piec wysiadł, nic nie da się zrobić, a inwestować się nie opłaca. Początek lutego, 1,5 miesiąca do potencjalnego końca zimy. 13 stopni w domu. Albo decyzja, że to już, że to znak. Że pora pakować manaty i iść do banku.
Psikus. Bo moja wewnętrzna dyskutantka znowu ma rozdwojenie jaźni. Z jednej strony: presja społeczna. Wszyscy biorą odpowiedzialność i biorą kredyt. Wszyscy mają swoje mieszkania. Wszyscy je urządzają i znajdują swoje miejsce na ziemi. Wszyscy to robią, a są w moim wieku, a nawet i młodsi. Bo nie jestem już w najmłodszej grupie docelowej. CO? ALE JAK, KIEDY TO SIĘ STAŁO? No dobra. To ten moment. Może faktycznie, może te Katowice, skoro ten Kraków taki niefajny po 9 latach. Może kawalerka, ale taka z antresolą, balkonem i dużym stołem. I wanną. Z tym wszystkim, o czym marzę, myśląc w kategorii „mieszkanie z moich snów”. Już się z gąską witam i...
Druga strona daje mi w pysk: przecież nie chcesz, nie potrzebujesz. Nie masz potrzeby posiadania, wolisz bez korzeni, wolisz jak nomada. Chcesz zmieniać, nie chcesz osiadać, to jeszcze nie ten czas, sama jeszcze nie wiesz dokładnie gdzie. Nie wiesz tak, jak nie wiedziałaś 10 lat wcześniej, ale wiesz, że to za duże obciążenie psychiczne. To tylko presja, nawet nie społeczna, bo nikt cię do niczego nie zmusza. To presja, którą sama na siebie nakładasz, bo coś do tej głowy nawkładać sobie musisz, żeby nie żyć za spokojnie. Nie jest ci to ani potrzebne, ani wymarzone. Nie chcesz się wiązać z bankiem, póki ostatnia rata was nie rozłączy. Ten lęk jest tak silny, że znowu robię sobie zimny, mentalny prysznic: nie świruj. Własne mieszkanie to duża odpowiedzialność. Własne mieszkanie to DOROSŁOŚĆ.
Więc włączam grzejnik i organizuję drugą kołdrę. Zima naprawdę jest łaskawa, pod dwoma kołdrami jest okropnie gorąco. Może mnie nie chcesz, domie zły, ale mam tu swoje bluzy z kapturem i ciepłe skarpety. I futro do głaskania. Możemy sobie przez ten miesiąc pomarznąć. Obiecuję, że potem pomyślę, co dalej.
I tak sobie zimujemy. Ja, moja odpowiedzialność i kolejne miesiące, w których mogłabym spłacać kredyt za własne mieszkanie. Szczegóły, naprawdę. Wolę wydać to na ważniejsze sprawy, zainwestować w dobre życie. Wolę otoczyć swój mózg miękką chmurką, która mówi: ciii, już dobrze. Nic nie musisz płacić. To cię nie dotyczy. Za parę lat i tak będzie koniec świata, więc nic ci po tym mieszkaniu. A że inni robią? No trudno. Ty masz dopiero 14 lat, a twój tata powtarza, że teraz nie możesz sobie na to pozwolić, ale jak on już spłaci kredyt, to będzie lepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz