środa, 8 maja 2019

Podróż przez las. Dramat w 3 aktach.


To opowieść dla osób o mocnych nerwach. Na pewno nie dla mojej mamy, która nie powinna tego w ogóle czytać. Mamo, jeśli tu jesteś, masz jeszcze szansę wyjść. Nie chcę Cię mieć na sumieniu i nie dzwoń do mnie, jeśli jednak zdecydujesz się to przeczytać.

Zamiast wielkomiejskiego szaleństwa, wybrałam ciszę i spokój. Powrót na Śląsk miał być początkiem nowego życia, które da mi czas dla siebie. Wyciszy mnie i pozwoli nabrać dystansu do niektórych kwestii i ludzi. Okazało się, że ta „wsi spokojna, wsi wesoła” jest szaleństwem, a właściwie moje pomysły z nią związane.

Ale od początku!
Dramat w 3 aktach rozegrał się 26 kwietnia na Ziemiach Śląskich.

Bohaterowei dramatu:
* Ja
* Moje Koło*

Miejsce akcji:
* Lasy katowicko-tyszkańskie

Stan klasy: 1
Nieobecnych: 0


Prolog:
Wiosna to czas powrotu na rower. Po co jeździć komunikacją miejską, jak można ze Słonecznej Tyszkanii do Katoliforni zajechać na kole? 20 kilometrów to już fajna trasa, a ludzie mówią, że piękna, bo przez lasy wiedzie. No to super. Biere! Rower z Krakowa pakuję po robocie do busa. Myślę: czy dam radę? Jestem dobrej myśli. Wyobrażam sobie, jaką jestem piękną Matką Naturą śmigającą między wiewiórkami i młodymi dzikami. Moje życie zmieni się na lepsze. W Katowicach ostatnia kawa przed trasą. PRZECIEŻ MAM CZAS. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to mogła być moja ostatnia kawa w życiu.


AKT 1:
GOOGLE MAPS NIGDY NIE KŁAMIE. Jak mówi, że pojadę 1:05h, to tak będzie. Nie będę nadgorliwa i pojadę, jak mi Erwin wskaże. Po 21 będę już święcić triumfy na Stravie, a podjętą decyzję uznam za trafną. A że się ściemnia? No trudno, mam lampki. I dynamo. A przez las poprowadzą mnie świetliki.
Na razie prowadzi mnie miasto. Szkoda, że pod górkę. Szkoda, że bardzo pod górkę, bo ja pod górkę to lubię raczej średnio i wtedy idzie mi wolmo, a ja lubie szypko.
„Za 200 metrów skręć w prawo, potem w lewo.” - szepcze Erwin z mojej kieszeni. Zostawiam za sobą katowicką cywilizację, przede mną rozpościera się park, a za nim las. Tak żyje współczesny człowiek, świadomy potrzeb obcowania z naturą i żądny uprawiania aktywności fizycznych w plenerze. Dobrze, że mam nowe przerzutki i działają. W parku dwa fakapy, ale ciężko się jedzie z nawigacją w kieszeni. Do celu dochodzi +1 minuta. Zdzierżę. Wyjeżdżam z parku i teraz już prosto do celu przez las. Patataj.

AKT 2:
Nawet jeśli jest już 27 stopni, to po 20:00 i tak się ściemnia. Śmiesznostka: w lasach ściemnia się szybciej. I nie ma tam świetlików. Dopiero 1/4 trasy, ale klimat niebezpiecznie zaczyna przypominać czołówkę dobrego thrillera. Choć tu jeszcze mijam ludzi na trasie. „Google maps, ufam tobie” - myślę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że chujek 2 razy się mnie wyprze. Jadę, choć z Meridy zrobiłam się nagle Czerwonym Kapturkiem. Śpiew ptaków ucichł, ruch się zmniejszył, a trzask gałęzi przywodzi mi na myśl wszystkie seriale, filmy i książki w których jest poruszony temat dzikich zwierząt, gwałtów i morderstw podczas samotnych wypraw. No jasne, tak właśnie chciałam rozpocząć nowe życie, żeby spektakularnie je skończyć. Grunt to robić wszystko z rozmachem. Nie mam zielonego pojęcia, gdzie jestem, do celu mam jeszcze ponad dychę. Czas gra na moją niekorzyść, a google maps jakby sam nie do końca kuma, gdzie jedziemy. No ale przecież się nie cofnę. I w momencie, kiedy o tym myślę, kończy się ścieżka, a google każe mi zawrócić. Wspaniale. Wcale się nie boję, środek ciemnego lasu i widoczność do jednego metra to świetne warunki na wycieczkę rowerową na obcym terenie, a „zawróć” brzmi jak początek nowej przygody. Jeszcze nie odmawiam zdrowasiek, biorę to na rozum. Nic nie może mi się stać, jestem przecież nieśmiertelna! Kolejny trzask, kolejna głupia myśl i prowadzenie jedną ręka, bo w drugiej drży telefon z włączoną latarką i mapą. Człowiek-orkiestra. I kiedy tak ogarniam to wszystko z myślą, że jeszcze trochę ponad pół godziny i będę w domu, dojeżdżam do torów.

AKT 3:
I jestem w dupie. Google twierdzi, że powinnam się przez nie przetyrać i nie zwracać uwagi na to, że jest tu jakby surowo. Jakby te tory dopiero powstawały. No i jest to jednocześnie zła i dobra wiadomość:
  • nic mnie nie przejedzie
  • nikt mnie nie znajdzie w wypadku nagłej śmierci (na szczęście niespowodowanej pędzącym pociągiem).
Czas zaczyna płynąć szybciej. No teraz, SUPER! Za to kilometry po zejściu ze srebrnej strzały zatrzymują się, a GPS postanawia zamieszkać in the middle of nowhere. Biorę głęboki wdech i celowo ignoruję dźwięki lasu, które już nie pieszczą mojej duszy. Na moje oko kierunek: prawo. Na moje sumienie kierunek: śmierć. Gdybym była w górach, przypominałabym już sobie numer GOPR. Jestem w lesie, więc zaczynam samotną podróż wzdłuż torów. Idę i myślę o swoim życiu. Wokół pustka, wertepy, stepy akermańskie, podłoga to lawa i to wszystko w jednym miejscu. Wspominam piękne chwile. Tyle miałam do zrobienia! Wysyłam wiadomość do swojego współlokatora, z lokalizacją (powodzenia) i że jak nie dam znaku życia do 22:00, może zacząć mnie szukać. Nie odpisuje. A więc i on spisał mnie już na straty.

Jest ciężko.
Podejmuję nawet próbę powrotu na ścieżkę, bo google twierdzi, że wiedzie ona przez równoległy las, ale po pierwszym zatopieniu się (z rowerem) w piachu rezygnuję z tej szansy, bo ze złamaną nogą może mi się iść trudniej. Zresztą: co za różnica? Może ta droga skończy się za 37 kilometrów, może nigdy. Nigdy nie znajdę sobie żony ani męża, nie napiszę książki, już nigdy nie zobaczę Rzymu i nie polecę na Kubę. Nie spotkam moich przyjaciół. Jak przeżyją moje koty? Nie mogę zostawić ich samych na tym łez padole.
Zginę dziko, wspierając się o jednośladowego towarzysza mego życia. Może Bozia jednak jest, bo wysyła już do mnie światło. Historia zna takie przypadki, nie można iść w jego stronę, ale nie ma chuja - nie będę wracać kolejnych 20 minut tą samą, ekhm, trasą. Dostąpię królestwa bożego z godnością, a into the wild w wydaniu śląskim będzie mym ostatnim heroicznym (wy)czynem, o którym i tak nikt nigdy się nie dowie.

„Pani stąd?!”- pyta mnie głos boży
„Czyli skąd?” - rezolutnie odpowiadam, mając nadzieję, że do nieba można z rowerami, i że mają stojaki, i że nie kradną
„No z budowy!” - odpowiada Bóg-budowniczy

Królestwo Boże nie z tego świata okazuje się być z tego świata, co więcej - jest dopiero w trakcie tworzenia, a ja znalazłam się w nim nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak. Licząc, że jestem tą samotną owieczką, którą zawrócono ze złej drogi, okazuje się, że dołączam tylko do pokaźnego tłumu baranów.

„Pani nie jest pierwsza. Pani nie jest nawet setna!” - zrugał mnie święty Piotr, otwierając mi bramę placu budowy. Ze zbawionej grzesznicy szybko i posłusznie wchodzę w rolę więźniarki wypuszczonej zza krat po słusznej odsiadce.
„I następnym razem proszę uważać, bo będą problemy!” - żegna się czule mój wybawca.

A więc jednak wolność. Dostałam drugą szansę na spełnienie wszystkich swoich marzeń i powiedzenie bliskim, że ich kocham!
Niesiona tą radością zmierzam betonową trasą do ciepłego domu.
„Skręć w prawo” - mówi Erwin. Nie uczę się na błędach i skręcam. Nagle przed moimi oczyma ukazuje się ciemny wjazd prosto w las. Waham się i przystaję na moment. Jeszcze 4 kilometry. No bez jaj, przecież nie poddam się na ostatniej prostej! Myślę ciepło o swoich dzieciach. Francesca i Gustaw na pewno czekają z utęsknieniem, a ja nie mogę ich zawieść (a siebie nie zawieźć). Przekraczam betonowo-żwirowy próg i próbuję nie słuchać głosów w głowie, które mówią, że te gałęzie pod kołami, to nie do końca tak, jak mi się wydaje.


Epilog: 
Jeśli choroby cywilizacyjne nas zabiją, to ja chcę tak umierać. Jeszcze nigdy ruchliwa droga i pęd samochodów nie sprawiły mi takiej ulgi jak wtedy. Ostatni przepedałowany kilometr uczynił mnie najszczęśliwszą osobą na świecie. Próg domu był niczym meta maratonu. Otoczona kocią miłością wytuliłam swoje futrzate dzieciaki, a one podziękowały mi swoim radosnym „purrr”. Znów byliśmy szczęśliwą rodziną i choćbyśmy szli ciemną doliną, zła się nie ulękniemy.

„Ok, Bożena, wszystko spoko, ale dej już żryć.” - mówił stęskniony wzrok futrastokopytnych. Stęsknionych za pełną miską, a nie moją obecnością, jak jeszcze przed chwilą mi się wydawało. No trudno.

A ty, googlumapsie, nie wiem, gdzie mieszkasz, ale znajdę cię. I poznasz gniew śląski.



Słownik śląski:
*koło-rower

poniedziałek, 25 marca 2019

29 palms. Jak przegapić życiową szansę?


Los rzuca pod nogi szanse, których czasem nie widzisz. Tak mogłabym zacząć książkę, będąc couchem z zapędami manipulacyjnymi, ale nim nie jestem, a i podrzucane przez los szanse staram się wykorzystywać na ile potrafię. Tak naprawdę to nie, ale fajnie brzmi.

W każdym razie są czasem takie zaplanowane akcje. Do niektórych próbuję nawet przygotować się nieco szybciej, bo po prostu wiem, że nadejdą i nie ma chuja, żeby czegoś nie zrobić.
Tak, zdarza mi się coś zaplanować. #szok #niedowierzanie

Te przyjemne dreszcze, kiedy wstrzelasz się w dobry moment, trafnie coś skomentujesz GIFem. Komentarze podziwu, oklaski. Lajki i pozytywne reakcje. Połechtane ego. Świat jest mój i znowu wiem, że kiedyś będę sławna i bogata, bo - niczym Jep Gambardella - napiszę powieść życia i ona sprzeda się w milionach egzemplarzy. I już spokojnie, do końca żywota, będę odcinać kupony. Żyjąc jak królowa, rzecz jasna.

Oczywiście tę powieść życia piszę już od nastoletnich lat. W głowie na razie, ale zawsze coś. I co roku przypominam sobie o tym, że „ups, to jeszcze nie teraz”. Czy Geburstag jest ważny w życiu człowieka? Otóż jest i wybaczcie, narody tego świata, ale zdania już raczej nie zmienię. Jest potrzebny właśnie po to, żeby przypominać mi o tym, czego jeszcze nie zrobiłam i jak wiele rzeczy „jeszcze nie teraz”. Na szczęście posiadam tę niesamowitą zdolność uciszania wyrzutów sumienia. Wystarczy zapchać im czymś gębę. Może to być kilka butelek wina, dawkowane przez cały dzień albo jakieś dobre żarcie. One to potem sobie powoli trawią i myślą: dobra, następnym razem się uda! Jakoś to będzie. Rok temu udało mi się też wychujać postanowienia noworoczne, bo niektóre punkty zaczęłam po prostu od regułki „Do dwóch lat zrobisz…”. Niestety zegar tyka. Wygląda na to, że nie dałam sobie więcej czasu, po prostu przedłużyłam deadline. Na razie działa, jeszcze się nie martwię.

No ale nie o tym być miało. Książki jeszcze nie ma, to są przynajmniej na razie małe wrzuty. Takie miałam skromne marzenie, żeby połączyć jedną ze swoich miłości z ostatnimi urodzinami z dwójką z przodu, okrasić to soczystym opisem i w takim pakiecie puścić w świat w poliamorycznym uścisku. Wszystko miałam dopracowane. Miało być tak pięknie! Przecież planowałam tę chwilę od paru lat i nie mogłam się doczekać, a musiałam być cierpliwa PARĘ LAT. Bo na „29” miał mi zaśpiewać sam Robert Plant. To miało być takie ładne podsumowanie ostatniego dziesięciolecia (to brzmi tak złowrogo, że aż wewnętrznie zaklęłam!) i symbolizować nowe rozdanie. Nowe obietnice. Taki rozbieg do nowego życia.

I nagle taki chuj. Jest 25 marca, dokładnie 18 (!!!) dni po moich urodzinach. Kiedy sobie to uświadomiłam, zimny pot spłynął mi po plecach, dostałam hercklekotów i hycweli. Zrozumiałam, że zmarnowałam jednorazową życiową szansę, a Robert Plant już nigdy nie zaśpiewa na moje urodziny żadnej piosenki, chyba że doszukam się jeszcze czegoś z odpowiednią liczbą w tytule, a najgorszym wypadku w tekście.

Przygotowaną na tę wielką okazję piosenkę „29 palms” wrzuciłam z prawie 3 tygodniowym opóźnieniem. Nie wiem, po co. Takie „spóźnione, ale szczere”. Kurwa.


Pamiętajcie o zaplanowanych postach na Facebooka. Czas tak szybko leci.

piątek, 15 marca 2019

Historia jednego bojlera


Całe moje życie jest bi, wszystko w nim jest podwójne, skrajne. Nigdy nie spotykam się z niczym po środku, zawsze tam coś odstaje. Zaczynając od mojej wewnętrznej bi-polarzycy. Ona czasem mocno próbuje walczyć, ale ostatecznie wyląduje gdzieś na skraju.

No trudno.

Więc albo robię NIC. Ale tak totalnie nic.
Albo zmiany popychają mnie do nowych rzeczy. Do dalszych zmian, do większych zmian. 

Ok, moja natura nigdy nie przeskoczy jednego. Prawdopodobnie dopóki nie rozsypią moich prochów (alternatywnie: dopóki nie wyrzucą moich zwłok do wody), nie spadnie na mnie łaska ducha świętego, która pozwoli na utrzymanie życia w czystości. Czystości rozumianej dosłownie. Burdel i chaos będą mi towarzyszyć na tym łez padole po wsze czasy.

Dlatego, by zachować higienę psychiczną, za porządki wzięłam się przy okazji przeprowadzki. Dopóki migrowałam wewnątrz miasta królów jakoś mnie to nie dotykało, ale pokonując kilometry między Krakowicami, aż do Słonecznej Tyszkanii, dotknęła mnie (w końcu!) taka refleksja: na chuj ci to wszystko? Po co ci te wszystkie rzeczy?

"Po co mi te wszystkie rzeczy" nie wiem wcale, ale wnoszenie 253224 książek, 5623 ton worków z ciuchami (w rzeczywistości używam pół worka i to wliczając sprzęt narciarski) i 239 pudła z chujwieczym dało mi do myślenia. Do myślenia dały mi jeszcze komentarze "ile ty masz rzeczy, dziołcho!". Kroplę do tego morza domyśleń wrzuciło jedno wystąpienie o minimalizmie. A że podatna jestem na ludzi i ich życiowe wizje, pomyślałam: chcę tak zacząć żyć.

I korzystając z okazji, że teraz to wszystkie muszę wypakować i poukładać w nowej hacjendzie, wyrzucę wszystko, co nie potrzebne. Życie nomada wymaga regularności w ograniczaniu swojego dobytku.

Dlatego jeśli nie byłam w tej sukience nigdzie od 3 lat, to prawdopodobnie nie wyjdę w niej przez kolejne 4. Postaram się nie uronić łzy. Jeśli tę piżamę, zgodnie z zasadą mojej babci, mam „do szpitala”, to może pora zrozumieć, że chyba jeszcze trochę żywota przede mną i żadne szpitale nie czekają na mnie z niecierpliwością. Jak znam siebie, to chichot losu położy mnie w momencie rozlakowania nowej piżamy. I będę musiała iść do szpitala w rozlakowanej.

Pożegnam się też z pamiątkami rodzinnymi. Biletami z komunikacji miejskiej Ferrary, listami ze studiów czy płytami ze zdjęciami z grilla z gimnazjum, których i tak nigdzie już nie odtworzę. Ta płyta jest pewnie tak porysowana, że żaden laser jej nie rozczyta. Poza tym nie mam czytnika na płyty. Może to bardziej to.

A na koniec, z łezką w oku, wezmę się za swoją największą miłość, która jest najdłodszym ciężarem. Książki przyjechały ze mną juz do 5 domu. Z każdą przeprowadzką jest ich coraz więcej. Mnożą się jak szalone i rosną w siłę. Jestem dumną matką. To miłość ciężka, acz wielka. Niestety życie tułacza wymaga poświęceń. Tytuły, z którymi związałam się na zawsze, zostaną na regale. Te mniej lubiane, te zapomniane czy po prostu te chujowe będą musiały opuścić Kocie Królestwo Śląska i wyruszyć z kimś w nową podróż. Niech przysłużą się innym do zajmowania miejsca w domu i obciążania komód na ciuchy. I stołów. I podłogi. I niebieskich worków z IKEA, jak już nie będzie ich gdzie kłaść.

I żeby to było już totalnie symboliczne, grosza poprosza! Za te książki w sensie.
I to wszystko dam na biedne kotki.

Tak oto zacznę robić porządek ze swoim życiem.


Francesca przysiada i się przygląda. Jej wzrok ewidentnie mówi: odjebało ci, Bożena. Nie ogarniam, ale spoko, przynajmniej mamy teraz dom w którym są schody i dużo nowych miejsc do niuchania. Rób se, co chcesz. Wywalaj, a ja będę patrzeć. Tylko potem nie narzekaj, że ja też wywalam różne rzeczy, bo przykład idzie z góry. No i git. Wyciepuj to, Bożena.

Gustawa na razie brak. Słoneczna Tyszkania jeszcze go nie wciągnęła, więc ukrywa się jak szpieg. Wierzę, że się przyzwyczai i nie będę musiała słuchać smutnych miauków w nocy, które w wolnym tłumaczeniu będą znaczyć: odjebało ci, Bożena. Gdzieś ty mie wywiozła na wieś, kota miastowego, gdzie ja mam się bawić, rozrywek szukać w tej dziurze zabitej dechami. Coś ty mie, babo wstrętna, uczyniła w me młodzieńcze lata?!

Więc każde z nas ma w głowie do posprzątania. Francesca, Gustaw i ja.

Ale żeby nie było zbyt patetycznie, zmrożę sobie najpierw krew w żyłach. Nie dlatego, że chcę. Po prostu zepsuł się bojler. Akurat w piątek. Akurat kiedy wracam pełna energii do nowego działania. Akurat kiedy chciałam zacząć porządkować... wszystko.


Widocznie zmiany życiowe muszę zacząć od bojlera.